RSS
 

III

13 sty

- Wstawaj.

- Ale, że szo? – Mruknął zaspany.

- Wstawaj – powtórzyła, mocno szarpiąc jego ramieniem.

- Ale po co? – Jęknął, wiedząc już kto nad nim stoi.

- Jedziemy zwiedzać San Francisco.

- Ale ja nie chcę zwiedzać San Francisco – przekręcił się na drugi bok, nakrywając poduszką.

- Chcesz chcesz i ja chcę. Wstawaj Jo – chłopak na ślepo wymacał leżący na podłodze telefon. – Jest siódma rano – jęknął, patrząc jednym okiem na rozświetlony ekran.

- Na MIT już byś był na zajęciach.

- Powaliło was – naciągnął kołdrę mocniej na głowę.

- No wstań, Jo. Bardzo uprzejmie cię proszę – podziałało. Na te słowa Jonah w sekundzie znalazł się na podłodze, choć ze wstawaniem nie miało to wiele wspólnego.

- Widzę, że ćwiczyłeś – Sam powiedziała, przyglądając się jego mięśniom brzucha, kiedy leżał na podłodze w pozycji przedziwnie przypominającej psie poddaństwo. Nie odpowiedział, uważnie ją obserwując. Ostatni raz, kiedy „bardzo uprzejmie go poprosiła” utykał przez dwa tygodnie. – No raz, raz. Zbieraj się – z rękoma uniesionymi w wyćwiczonym bloku, chłopak wycofał się do łazienki, podejrzliwie patrząc na siostrę. Kochające się rodzeństwo.

Stojąc pod lodowatym prysznicem rozważał nie pierwszy raz w życiu, czemu los pokarał go taką siostrą. Czym sobie zasłużył i to jeszcze przed urodzeniem, by mieć za siostrę wariatkę z sadystycznymi zapędami. Od kiedy pamiętał Sam zawsze miała durne pomysły. A to kąpała się w środku zimy w lodowatym strumieniu w pobliżu domu ich dziadków w Minnesocie, to znowu wyciągnęła go drabinką techniczną na najwyższe przęsło zawieszonego nad rwącą rzeką mostu, tylko dlatego, że był to najwyższy punkt w okolicy, a ona chciała popatrzeć na widoki. Byli wtedy ściągani przez helikopter, bo strażacy absolutnie nie zgodzili się, by zeszli tą samą drogą. Podrobiła podpis na pozwoleniu, byle tylko uczyć się jeździć konno, podczas gdy rodzice obawiali się, że skręci kark. Dowiedzieli się o wszystkim, dopiero gdy do domu przyszedł pierwszy dyplom z zawodów. W drugiej klasie wybiła szóstoklasiście zęba, bo chciał jej zabrać drugie śniadanie.

Jonah po dziś dzień śmiał się na wspomnienie wieczoru, kiedy Sam po raz pierwszy wróciła do domu radiowozem, po tym, jak wracając do domu skopała jakiegoś faceta. Tego wieczora po raz pierwszy powiedziała, że „coś jej mówiło” że powinna to zrobić. Miała wtedy czternaście lat i od dwóch lat uczyła się w miejscowym Do-Jo. O tym rodzice oczywiście także nie wiedzieli, wierząc że Sam chodzi do biblioteki uczyć się. Przynosiła piątki, więc nie wzbudzała podejrzeń.

Dwa dni później okazało się, że sprawa rozejdzie się po kościach bo skopany okazał się pedofilem i seryjnym gwałcicielem, który miał na koncie napad na co najmniej kilka nieletnich. Tym razem źle trafił, Sam dostała nagrodę od szeryfa, a rodzice pozwolili jej trenować dalej. Wymogli na niej jedynie obietnicę, że nie będzie trenowała na Jonahu, jednak gdy rok później Sam namówiła brata, by sam zaczął trenować, rodzice zupełnie utracili kontrolę nad bójkami rodzeństwa, z przerażeniem oglądając siniaki i porozcinane wargi. Z perspektywy czasu Jonah nie mógł uwierzyć, że opieka społeczna nie zainteresowała się poobijanym rodzeństwem, choćby raz odwiedzając dom. Nie wykluczał oczywiście, że Sam przechwyciła ich po drodze i dosłownie wybiła taki pomysł z głowy. Dowodów na to jednak nie miał. Miał za to dowody, na wpędzenie bezksiężycową nocą kłusownika w jego własne wnyki. Facet sam dokuśtykał wtedy na policję płacząc jak małe dziecko, że gonił go demon. Miała wtedy dwanaście lat. Miał też dowody na podrzucenie do auta gniazda szerszeni komornikowi, który w wigilijny poranek jechał do domu ich znajomych. Drugiego stycznia znajomi dostali zaległą pensję i spłacili długi, a komornik wyszedł ze szpitala tydzień później. Za każdym razem Sam mówiła, że to nie ona to robiła, nie ona decydowała co za chwilę się wydarzy lecz sprawiało to jej ogromną satysfakcję. Mówiła też, że czuła się wtedy, jakby coś próbowało się z niej wydostać.

Przy całej swojej agresji potrafiła być jednak taka słodka i opiekuńcza. Kiedy chorował na świnkę, jako jedyna z domowników bez cienia strachu w oczach podchodziła, by nakarmić go odrobiną rosołu. Wręcz walczyła o to, by ją puścili. Czuwała, kiedy trawiła go gorączka i skakała z radości, kiedy czuł się lepiej.

To ona grała z nim w kapsle i urządzała wyścigi ślimaków, kiedy inni stukali się w głowę. Ona podała mu hasła do komputerów wszystkich nauczycieli w szkole, żeby mógł sprawdzać pytania egzaminacyjne bez ryzyka złapania na hakowaniu i przebierała się za księżniczkę, kiedy ćwiczył przed przesłuchaniami do szkolnego przedstawienia o Kopciuszku. To ona podpowiadała mu, że może wyciszyć swoje demony, kiedy po raz pierwszy stracił kontrolę. Nie wiedzieli co się wtedy stało, ale na jego butach i spodniach były smużki krwi, koszula była porozrywana, a tors podrapany jego własnymi paznokciami. To był chyba jeden jedyny raz, kiedy w twarzy Sam widział strach. Wtedy właśnie zaprowadziła go do Mistrza i zaczęła ćwiczyć z nim medytację, a kiedy czuł że traci kontrolę, znajdował jakiś wentyl bezpieczeństwa. To wreszcie ona była tą, która zawsze była gotowa go wysłuchać, kiedy po raz pierwszy pojawiły się sny i kiedy mówił że się boi, powtarzała żeby pamiętał, że to ona jest tą bardziej pokręconą w rodzinie, a on zdolniejszym.

Przejechał dłonią po po torsie, w miejscach gdzie rozdarł ciało własnymi dłońmi. Skóra była gładka, po całym wydarzeniu nie pozostał nawet najdrobniejszy ślad, on jednak czuł jak te szramy pulsują głęboko pod powłoką jego ciała, osłabiając go. Tworząc szczeliny, przed które demony tym razem mogą wydostać się na świat. Był chodzącą bombą zegarową i nie wiedział czy stanowi zagrożenie tak długo, jak żyje, czy może to jego życie stanowi ostatnią barierę pomiędzy nim, a tym czymś. Czemu ta przeklęta Sam wymyśliła wyjazd do San Francisco! W jego umyśle skrystalizowała się najistotniejsza w tej chwili kwestia i jęknął zrezygnowany. Przeciąganie prysznica i tak nic mu nie da, bo znając siostrę, gotowa jest wpaść tu po niego i wywlec nago, byle tylko zrealizować zamierzony plan.

Przegrzebał swoją mało zasobną garderobę w poszukiwaniu czegoś, co nie będzie działało niczym ogromny szyld z napisem „HEJ JESTEM TURYSTĄ” i schodząc po schodach modlił się, by Sam nie wpadła na pomysł kupienia czapeczki, albo bluzy z napisem „I Love SF”. Z drugiej strony. Tak długo, jak nie będzie na niej obrazka mostu Golden Gate, zawsze może mówić, że to skrót od Science Fiction.

- Słyszałam, że jedziecie zwiedzać San Francisco? – Matka uznała powitanie za zbędny wstęp.

- Też tak słyszałem – mruknął, targając wciąż wilgotne włosy.

- Więcej entuzjazmu – Sam zawołała z ustami zapchanymi tostem. – Zobaczymy plan zdjęciowy do Genezy Planety Małp, Star Treka, 2012, Godzilli, Pacific Rim, Sokoła Maltańskiego.

- Długo zajęło ci szukanie tego wszystkiego? – Przerwał siostrze wyliczankę.

- Wikipedia – wzruszyła ramionami.

- Most Golden Gate – powiedzieli oboje, widząc zagubienie matki. Kolejna osoba w rodzinie, która nie ogląda filmów. „Aha” kobieta za komputerami odparła niemo.

- Masz tu kanapkę – Sam wcisnęła mu w dłoń gorący jak diabli sandwich z nieznaną mu, a co za tym idzie podejrzaną zawartością – i lecimy.

- Wszystko jest jeszcze zamknięte – zaprotestował ciągnięty za ramię, robiąc wszystko by nie poparzyć się trzymanym tostem.

- Most jest zawsze otwarty, a ja nie zjawię się tutaj co najmniej przez kolejne pół roku.

– To obietnica? – Spytał przewrotnie. Sam nie raczyła odpowiedzieć, była niezwykle zdeterminowana do tego zwiedzania, więc nie pozostawało mu nic innego, jak poddać się i pójść za nią.

- Mogę prowadzić? – Zapytała z werwą, oglądając auto i dzwoniąc kluczykami, które powinny znajdować się w zupełnie innym miejscu, aniżeli jej dłoń. Do tej pory sądził, że jadą autem ojca, albo matki.

- Zapomnij – spróbował wyrwać jej kluczyki.

- Ale czemu – wygięła usta w podkówkę, odskakując poza zasięg jego ramion.

- To na mnie nie działa. Pamiętam co robiłaś wielokrotnie z Corollą biednego Ernesto.

- Prowadź, mistrzu kierownicy – rzuciła w niego kluczykami, z drwiącym uśmiechem przyglądając się tylnej oponie, która nosiła wyraźne ślady niedawnego tańca na asfalcie.

Pomimo wczesnej pory, na drodze panował lekki ruch i musieli przepuścić kilka samochodów, nim udało im się wyjechać z drogi dojazdowej, prowadzącej do ich twierdzy w środku lasu. Sam twierdziła oczywiście, że wyjechałaby o wiele wcześniej. Jonah był tego absolutnie pewien, obawiał się jednak, że mogłaby być to ostatnia jego podróż, albo przynajmniej ostatnia podróż jego samochodu.

- Zatrzymaj się na poboczu – odezwała się, nim przejechali choćby kilometr.

- Mowy nie ma. Nie dam ci prowadzić.

- Nie chcę prowadzić. Znaczy chcę, ale nie o to mi chodzi. Zatrzymaj się na poboczu. O, wjedź w tamtą dróżkę – wskazała podjazd jeszcze bardziej zapuszczony niż ich własny. Wyskoczyła z auta nim do końca się zatrzymało.

Jonah zobaczył w lusterku, jak siostra wspina się po kole na pakę, wyjmując z niej plecak.

- Mam nadzieję że nie masz łupieżu? – Zawołała, nadal przewieszona przez burtę paki.

- Co? Nie, a co?

- Trzymaj – w odpowiedzi rzuciła w jego stronę równo złożone ubrania i sama zaczęła się rozbierać, nim zdążył spytać o cokolwiek więcej. – No przebieraj się – ponagliła go, stojąc już w samej bieliźnie. Bez pytań, które w tym wypadku bynajmniej nie były zbędne zaczął się przebierać w podane mu ciuchy, które jak się okazało pochodziły wprost z jego garderoby.

- Przed każdym facetem rozbierasz się równie łatwo? – spytał, zapinając czarną koszulę z wysokim kołnierzem, której ostatni guzik znajdował się na wysokości splotu słonecznego.

- Jesteś moim bratem, nie facetem – odpowiedziała ubrana w samą bluzkę. – Jeśli pytasz czy każdy facet może oglądać mnie nago, to nie. Żaden nie może.

- Prócz Adama – poprawił ją.

- Adam też nie ogląda mnie nago.

- Zerwaliście? – Jonah zamarł, zapomniawszy o zapinaniu spodni. – Przykro mi, myślałem że…

- …Był fiutem. Myślałeś, że był fiutem – dokończyła za niego.

- Tak dosadnie tego nie ująłem.

- Miałeś rację. Adam okazał się być fiutem – skończyła wciąganie obcisłych szortów, zakrywających niewiele więcej niż majtki, a na pewno nie zakrywających jej zgrabnych nóg. – Na szczęście przekonałam się o tym po zerwaniu. Zatrzasnęła za sobą drzwi, kręcąc zgrabnym skądinąd tyłkiem po skórzanym fotelu, który okazał się być nieprzyjemnie zimny w zetknięciu z nagimi udami.

- To czemu zerwaliście? – Spytał, wycofując na drogę. Nie rozumiał czemu jego siostra przekreśliła właśnie trzy ostatnie lata życia.

- Bo powiedziałeś mi, żebym to zrobiła – powiedziała bez żalu.

Jonah oczywiście pamiętał tą rozmowę. Odbyli ją w ubiegłe wakacje, kiedy Sam przyleciała do Nowego Jorku w drodze na staż w dużym koncernie, o którym absolutnie nie chciała mówić. Nie pierwszy raz usłyszeli wtedy o tajemniczym Adamie, doktorancie na MIT. Niezwykle inteligentnym, niezwykle dowcipnym i z świetlaną przyszłością na dowolnym stanowisku, jakie sobie wymarzy. Sam zachowywała się jak rozchichotany podlotek, zamykając na całe godziny w przeróżnych miejscach i rozmawiając z Adamem przez telefon. Osoba, która wtedy ich odwiedziła na pewno nie była jego siostrą i bardzo mu się to nie podobało. Nie żeby tęsknił za bójkami, choć nie, jednak za nimi tęsknił. Bardziej chodziło mu o poczucie, że przez pół roku oczekiwał przyjazdu jedynego domownika, z którym rozumiał się bez słów i przy którym mógł poczuć się wreszcie sobą, a zamiast tego pojawił się kosmita, jego siostrę przypominający tylko wyglądem.

- Siadaj Sam – powiedział, kiedy znajdowali się w ich ulubionym miejscu. Na dachu apartamentowca, z którego rozciągał się wspaniały widok Central Park. – Co wiesz o Adamie? – Zaczął bez zbędnego wstępu.

- Przecież ci mówiłam. Jest doktorantem na biomechanice. Zajmuje się nonotechnologią. Ma propozycję pracy na uczelni i w sektorze prywatnym – zaczęła wyliczać na palcach.

- Ale co o nim wiesz? – Spytał, cały nacisk kładąc na ostatnie ze słów.

- Urodził się i mieszka w Baltimore, wychowuje się z ojcem. Ma dwoje rodzeństwa. Siostra jest chora, co skłoniło go właśnie do takiego kierunku.

- Nadal mnie nie rozumiesz, Sam – przerwał jej, zanim nakręciła się na kolejną wyliczankę. – Co z tego wiesz? Co sprawdziłaś? Czego nie wiesz tylko od niego?

- Nie muszę go sprawdzać, ufam mu – oburzyła się.

- Cieszę się, ale bądź rozsądna – Jonah mimo rosnącego w nim napięcia starał się zachowywać wtedy obojętny ton, jednocześnie dziwiąc się, że to on stał się nagle tym rozsądniejszym z nich dwojga. – Czy przedstawił cię swoim kolegom? Zabiera cię do miasta?

- Czasami – wcięła mu się.

- Gdzie się spotykacie?

- U mnie. On straciłby akademik, ale mamy wynająć mieszkanie.

- A ty nie stracisz? – Spytał z ironią w głosie. Sam zacisnęła szczęki, Zastanawiał się, czy siostra nie wymierzy mu zaraz ciosu. – Adam jest w Baltimore, może wpadnij do niego w odwiedziny?

- Nie znam jego adresu.

- Nie podał ci? – Wszystkie mięśnie w ciele Sam napięły się, kiedy podrywała się na równe nogi. Chłopak nawet nie drgnął, pozwalając siostrze, by go uderzyła. Ona jednak tylko odeszła, zostawiając go samego.

Sam wyjechała następnego dnia, nie odezwawszy się do niego ani słowem. Nocny telefon był ich pierwszą rozmową.

- Ja tylko zapytałem, co o nim wiesz – poprawił ją.

- Wystarczyło. Zadzwoniłam do niego zaraz po naszej rozmowie. Chciałam żeby mnie zaprosił do Baltimore. Powiedział, że jest w Seatle i nie może rozmawiać, bo prowadzi. Adam nie miał prawa jazdy.

- Zakładam, że nie tylko tego nie miał? – Sam pokręciła głową.

- Na uczelni też go nikt nie znał, ani w akademiku. Zerwałam z nim następnego dnia.

- Nadal nie wiem, czemu to zrobiłaś – powiedział łagodnie.

- Bo jeszcze nigdy nie udzieliłeś mi złej rady.

- Zawsze mógł być ten pierwszy raz, a tak w ogóle, to co ty u licha robisz? – Spytał, zezując na leżącego na jej kolanach minibooka.

- Hakuję twój GPS.

- Mogę powiedzieć po co? – Właściwie to chciał krzyknąć „Że co!”, ale uznał, że w przypadku jego siostry, takie pytanie jest zbędnie.

- Żeby nie można było nas znaleźć.

- Wystarczy go wyłączyć.

- Proszę cię. Jesteś członkiem informatycznej rodziny. Powinieneś doskonale zdawać sobie sprawę, że komputer można zdalnie włączyć.

- Po co go wyłączasz tak w ogóle?

- Żebyś mógł skręcić w prawo – odpowiedziała lakonicznie, nadal klepiąc w klawiaturę.

- Kiedy?

- Teraz! – Wykrzyknęła zaciągając hamulec ręczny. Tylne koła pic-upa zblokowały się nagle na środku skrzyżowania. Jonah szarpnął kierownicą, stawiając auto w poprzek, przy ogólnym akompaniamencie klaksonów. Kiedy tylko auto zmieniło kierunek, koła ponownie się zakotłowały, a samochód tańcząc na drodze wystrzelił w nowym kierunku. Całe zdarzenie trwało ledwie kilka sekund, a po chwili jego jedynym dowodem były czarne ślady czterech potężnych opon sunących po asfalcie.

- Jesteś szalona! – chłopak wykrzyknął, czując jak krew uderza mu do głowy, pulsując nieznośnie.

- Dzięki – uśmiechnęła się, wygodnie rozpierając się w fotelu.

- To jest RAM, nie auto z NASCARu!

- Nie da się ukryć – mruknęła. – Mówiłam, żeby kupili ci Chargera, albo żółtą Cudę, którą znalazłam w ogłoszeniu, ale się uparli, że ma być duży i bezpieczny – wzruszyła ramionami.

- Mogłem się spodziewać, że samochód to twoja robota – oczywiście, że mógł, a nawet powinien był. Rodzice o samochodach wiedzieli tyle, że mają cztery koła (zazwyczaj) i służą do poruszania się. Od osiągów bardziej interesowały ich nowinki techniczne w nich zamontowane. Sam podchodziła do tego zupełnie inaczej. Dla niej samochód musiał być przede wszystkim Cool. Kiedy ojciec zaproponował jej kupienie Priusa, ostentacyjnie zaczęła wszędzie chodzić pieszo, aż uzbierała na stare Camaro. Jonah naprawdę dziwił się że wcześniej nie wpadł na to, komu zawdzięcza auto. – Dziękuję.

- Dasz się przejechać i będziemy kwita.

- Na środku pustyni, gdzie w nic nie uderzysz.

- To się bardzo dobrze składa – ucieszyła się.

- Gdzie jedziemy? – Zapytał natychmiast.

- Do Reno. Zabawimy się trochę.

- Ostatni raz, jak zabrałaś mnie żeby się zabawić, chodziło o zabawienie się moim kosztem – wypomniał jej wydarzenie, którego z całych sił starał się nie pamiętać.

- Ale teraz masz więcej niż jedenaście lat i urodę w stylu Zmierzchu.

- Zaraz wysadzę się na poboczu! – Wrzasnął, słysząc jej komentarz. Akurat tego jednego filmu nie znosił.

- To pokój też ci się pewnie nie spodobał – spytała niewinnie.

- Pomyśleć, że zacząłem się obawiać, że zrobiłaś się dla mnie miła – Sam zaśmiała się w głos.

Nim jednak sprzeczka między rodzeństwem zdołała wybuchnąć, płynąca z głośników muzyka australijskiej kapeli rockowej zmieniła się w dzwonek telefonu. Oboje zamarli w oczekiwaniu, że to matka. Na ekranie komputera wyświetlał się jednak zupełnie im nieznany numer. Sam wzruszyła tylko ramionami.

- Słucham? – Jonah spytał niepewnie.

- Cześć, Jonah! – W głośnikach usłyszeli pełny entuzjazmu, dziewczęcy głos.

- Cześć? – Ani on, ani tym bardziej Sam nie mieli pojęcia kto właśnie zadzwonił.

- Tak fajnie wypadło, że dzisiaj mam wolne.

- Ok? – Ta rozmowa zaczynała przybierać coraz dziwniejszy obrót.

- I tak sobie pomyślałam, że zadzwonię do ciebie.

- Fajnie, ale nie bardzo wiem z kim rozmawiam – postanowił coś wreszcie wyjaśnić.

- Jestem Meggy.

- Fajnie. Więc, Meggy, e, skąd masz mój numer? – Szukał w swojej pamięci jakiejś Meggy i były tam różne Mendy, Molly, Meggan, czy Morgan, ale żadnej Meggy. Nic. Całkowita pustka.

- Sam mi go dałeś – dziewczyna powiedziała urażonym głosem.

- Ja?!

- Tak, wczoraj w barze. Napisałeś go na wróżbie z ciasteczka.

- Ach! Przemiła blond kelnerka! – W tym momencie Sam nie wytrzymała, wybuchając histerycznym śmiechem. – Miło cię słyszeć, Meggy – powiedział, trzepiąc siostrę na odlew, żeby się uciszyła. Oczywiście nie poskutkowało.

- Mi też jest miło, choć byłoby milej, gdybyś od razu mnie poznał. Najwyraźniej często rozdajesz telefony dziewczynom.

- No właśnie nigdy i absolutnie nie sądziłem, że go zobaczysz, a tym bardziej zadzwonisz.

- Niespodzianka.

- To może wy sobie porozmawiacie, a ja w tym czasie zajmę się tym gigantem – Sam wyciągnęła się do kierownicy.

- Trzymaj ręce przy sobie – Jonah strzelił ją po dłoniach, na co odpowiedziała kolejnym wybuchem śmiechu. – Przepraszam. Więc w czym mogę ci pomóc, Meggy.

- Mówiłeś, że dopiero się przeprowadziłeś i tak sobie pomyślałam, że mam wolne aż do jutrzejszego poranka i mogłabym ci pokazać to i owo. Wiesz, pozwiedzać – dodała szybko.

- Super pomysł. Dzięki, ale akurat dzisiaj mam zajęty cały wieczór. Właściwie nawet teraz już jestem zajęty, ale bardzo chętnie pooglądam to i owo z tobą innym razem – Sam popłynęły łzy, kiedy powstrzymywała kolejny napad śmiechu. -Jestem pewien, że będziesz świetnym przewodnikiem.

- Ok. To innym razem – dziewczyna wyraźnie straciła entuzjazm.

- Daj znać, jak tylko będziesz miała znowu wolne. Chętnie wpadnę.

- Jasne. Pa – W głośnikach samochodu ponownie rozbrzmiała muzyka, a Sam wreszcie mogła spokojnie się śmiać, jednocześnie osłaniając się przed uderzeniami ręki Jonaha.

- Ty, wstrętna, wyrodna, głupia, niedojrzała, pokręcona, zboczona siostro – po każdym epitecie wymierzał jej kolejnego liścia, z których żaden nie trafił celu.

- To nie ja chciałam ci pokazać to i owo – wysapała zapowietrzając się ze śmiechu.

- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi.

- Ale sam przyznasz, że cała sytuacja była komiczna.

- Tak, masz rację. Dawno nie odwaliliśmy takiego numeru – przyznał, oddychając głęboko, by uspokoić umysł. – No to co jest w Reno? – Zapytał, kiedy tylko znaleźli się na szerokiej autostradzie prowadzącej przez miasta tworzące tak zwany rejon zatoki wprost na pustynię.

- Moja koleżanka.

- Z akademika?

- Ze studiów, powiedzmy, że ona nie musi mieszkać w akademiku.

- Ty też.

- Ale ja to lubię.

- Nie przebierałaś nas na poboczu, bo jedziemy do koleżanki – wytknął jej z wyrzutem.

- Poważnie jedziemy do koleżanki – zapewniła go z pełną determinacją

- Sam, bo zawrócę na następnym zjeździe – wskazał zbliżające się tablice z nazwami kolejnych miejscowości.

- Ech – westchnęła z rezygnacją – No dobrze, u koleżanki jest impreza.

- No i wyszło szydło z worka, pani turystko – przewrócił oczami. – Ponownie zaczynam się obawiać, że planujesz się zabawić moim kosztem – czarne myśli zaczęły kłębić się w jego głowie.

- Więcej wiary, Jo – Dała mu kuksańca w udo. – Po tej przeprowadzce przyda ci się trochę rozrywki. Wiem, jak się cieszysz z opuszczenia Nowego Jorku.

- Aż skaczę z radości – mruknął, krzywiąc się.

- No właśnie. Zobaczysz, spodoba ci się. Z tego co mówiła, to ma tam ogromny dom, basen, saunę i to wszystko z dala od ludzi, więc można zrobić część drugą Projektu-X, no może bez rujnowania jej domu – zastrzegła na koniec.

- Mhm, ale na wszelki wypadek przebrałaś mnie tak, żeby każdy mnie zauważył – powiedział obserwując jej szorty i białą bluzkę, które dawały jej wygląd Alicji Silverstone w teledysku Amazing i siebie, od stóp do głów odzianego w czerń.

- Żebyś miał rwanie.

- Marne szanse – mruknął zjeżdżając z autostrady. Znudził go widok betonu, stara trasa przez pustynię kusiła znacznie bardziej. – Akurat rwanie to nie moja rzecz.

- Bo zabierałeś się za licealistki – Jonah wzruszył ramionami. – Ile miałeś? No ile? – dała mu mocnego kuksańca pod żebra.

- Nie bij kierowcy, kiedy prowadzi! – Krzyknął, zginając się od nagłego ukłucia bólu.

- Przepraszam pana bardzo, panie kierowco. To ile? Przecież mówimy sobie wszystko, Jo – Nie chciała odpuścić.

- Trzy – mruknął wreszcie.

- Dziewczyny?

- Razy. Trzy razy, Sam – warknął tonem, sugerującym, że nie chce ciągnąć tego tematu. Siostra chyba jednak nie zrozumiała aluzji i brnęła dalej.

- No to gwarantuję ci, że w ciągu imprezy możesz tą liczbę podwoić.

- Niby jak. Mam je zahipnotyzować? – Zaśmiał się gardłowo.

- A umiesz? – Autentycznie się zaciekawiła.

- Nie sądzę, więc nie ma większych szans – Sam jeszcze przez chwile obserwowała go spod zmrużonych powiek, nim ponownie się odezwała.

- Zabierałeś się do licealistek, one lecą tylko na tępych mięśniaków, najchętniej footballistów. Im większy burak, tym więcej lasek na niego leci. W Collegu to co innego. Tam dziewczyny szukają inteligentniejszych facetów. Znaczy nadal jest grupa idiotek, ale generalnie sam rozumiesz – wykonała gest sugerujący, że Jonah powinien rozumieć, o czym ona mówi.

- Cóż za ulga, wystarczy przetrwać pół roku – teatralnie otarł czoło.

- Wystarczy przetrwać godzinkę, no może więcej, bo impreza zaczyna się wieczorem.

- Oj weź przestań. To impreza studencka!

- To impreza MIT- poprawiła go z wyrzutem w głosie. – Faceci dzielą się po połowie, na napakowanych buraków ze stypendiami sportowymi w T-shirtach i szortach basenowych i ulizanych frajerów, którzy przyjdą pod krawatem i zaczną pieprzyć o kodowaniu, albo grze w LOL’a, jak dobrze pójdzie – ułożyła dłonie, jak szale starej wagi.

- Zapominasz o filmie „Zemsta Frajerów” – skarcił ją.

- W prawdziwym życiu to tak nie działa – fuknęła. – Jesteś inteligentniejszy od mięśniaków i przystojniejszy i zabawniejszy od frajerów. O urodzie się zresztą nie dyskutuje, ale Zmierzch nadal jest na topie – Jonah zahamował z piskiem opon nim przebrzmiało ostatnie słowo.

- Coś ci mówiłem! – Wybuchnął.

- No przecież nie wysadzisz mnie na środku pustyni. Prawda, że mnie nie wysadzisz, Jo? – zakończyła przymilnie.

- Na twoim miejscu bym się nie zakładał – warknął przez zaciśnięte zęby. – Mówiłem ci, że nienawidzę tego filmu.

- Nie moja wina, że teraz wszyscy kojarzą to tylko ze Zmierzchem. Nikt nie pamięta Dirty Dancing. Nikt młody – poprawiła się.

- A powinni – powiedział, ruszając dalej. Sam odetchnęła z ulgą. Wolała się nie przekonywać, czy brat mógłby ją zostawić. Ona by go nie zostawiła, ale już kogoś obcego, czemu nie.

- Ok, to na zgodę ułatwię ci zadanie – usiadła w pozycji będącej międzynarodowym symbolem podekscytowanej kujonki, kiedy nauczyciel zadaje pytanie. – Koleżanka ma siostrę. Dziewczyna studiuje na drugim roku reżyserii i podobno jest fanką świecących wampirów – dokończyła szybko, kurczowo chwytając się fotela i zaciskając oczy w oczekiwaniu na kolejne hamowanie. Nic tak gwałtownego nie nastąpiło.

- W twoim plecaku zapewne przypadkiem znajduje się brokat? – Jonah zapytał z przekąsem, i wcale by się nie zdziwił słysząc twierdzącą odpowiedź.

- Nie, ale możemy kupić w drogerii, jeśli chcesz – Sam w sekundzie odzyskała animusz.

- Ugryź się, zanim ja cię ugryzę – warknął, ale puścił do niej oko.

- Widzisz, już rodzi się w tobie wampir – w odpowiedzi kłapnął jej zębami, doprowadzając do łez od śmiechu.

Jazda bocznymi drogami była dłuższa, ale znacznie ciekawsza niż mknięcie wielopasmową autostradą. Słońce przypiekało tutaj jakby była późna wiosna, a nie środek zimy, zmuszając podróżnych do uruchamiania klimatyzacji. Obie strony drogi porastały wyschnięte krzaki, z których gdzieniegdzie wyrastał kaktus rodem z westernu. Już po kilku nieudanych próbach, Sam odpuściła sobie prośby o dopuszczenie do kierownicy. Jonah uparcie twierdził, że nawet tutaj bez problemu znalazłaby sposób na uszkodzenie samochodu. Nie był daleki od prawdy, biorąc pod uwagę, że pustynie na zachód od Wielkiego Kanionu były gęsto przetkane leżącymi swobodnie głazami i przepięknymi kamiennymi formacjami, które zapierały podróżnym dech w piersiach, powodując rozkojarzenie na drodze. Fanowi kina udało się wychwycić kilka miejsc, które służyły jako tło scen w głośnych produkcjach kinowych, lub też służyły za wzór, który odtwarzano później komputerowo. Dziewczyna rozsiadła się wygodnie, zakładając swoje długie nogi na kokpit i rozkoszując ogrzewającym je słońcem, które stało już w zenicie.

- Opowiedz mi – powiedziała leniwie.

- Opowiadałem ci przez telefon.

- Opowiedz mi więcej – Sam mówiła, jakby była małym dzieckiem, oczekującym bajki, która ukołysze ją do snu. – Zawsze jest więcej – zwróciła się w jego stronę. Miała przymknięte oczy. Rozkoszowała się chwilą. Jonah opowiedział jej więcej. Opowiedział jej o śnie, jaki miał zaraz po przyjeździe do nowego domu. O spotkaniu na drodze i śnie, po którym do niej zadzwonił. Opowiedział też o reakcji rodziców. Sam słuchała, niezmiennie trwając z wyrazem sennej rozkoszy na twarzy.

- Może to było zwierzę? – Odezwała się łagodnie.

- Nie ma czegoś takiego jak dwumetrowe szkarłatne zwierzę spacerujące poboczem! – Wykrzyknął, sam się dziwiąc swojej reakcji.

- A no nie ma – zamruczała. – Ale pokryte krwią Yeti chyba jest?

- Też nie ma! – Nie wiedział, czy się z niego nabija, czy prowokuje do śmiechu, albo bójki.

- Więc zacząłeś wizualizować swoje sny w realnym świecie – absolutnie nie przejęła się tak fantastyczną ideą. – W dzieciństwie kończyło się na snach.

- W dzieciństwie nie włóczyłem się pic-upem po lasach, więc nie możemy mieć pewności.

- Nie możemy – przyznała. – Ale dorastasz, rozwijasz się. Mogę więc spokojnie założyć, że i twoje zdolności się rozwijają.

- Nie mam żadnych zdolności – zaprzeczył jej.

- Oczywiście, że masz.

- Albo mam halucynacje?

- Nie masz halucynacji – zamruczała, przeciągając się i układając w wygodniejszej pozycji, z rękoma za zagłówkiem swojego fotela. – Halucynacje mają osoby pod wpływem alkoholu, narkotyków, lub innych środków odurzających, lub po ich nagłym odstawieniu. Osoby o konkretnym uszkodzeniu mózgu o dowolnej proweniencji i osoby chore umysłowo. Ty nie kwalifikujesz się do żadnej grupy.

- Mogłem dostać hyzia.

- Nie mogłeś.

- Skąd wiesz. Nie widzieliśmy się od pół roku. Mogłem go dostawać powoli dzień po dniu.

- Doskonale wiesz, że twoje sny omal nie zaprowadziły mnie na medycynę – przypomniała mu. – Możesz mi więc zaufać, że to spotkanie ma inne podstawy, aniżeli choroba umysłowa.

- Jest coś jeszcze – powiedział, zdeterminowany do wyrzucenia z siebie wszystkiego.

- Mmmm?

- Pamiętasz co mówił doktor Proctor?

- Proctor mówił bardzo wiele rzeczy, często sprzecznych ze sobą – przypomniała sobie lekarza, do którego rodzice uparli się prowadzać Jonaha, kiedy ten bał się zasypiać. Sam szczerze nie znosiła tego mężczyzny, uważając że jeszcze bardziej szkodzi jej bratu. Była jednak zbyt młoda, by ktoś jej wtedy posłuchał.

- Mówił żebym zapisywał każdy sen, jaki będę miał i palił kartkę z tym snem, by przekazać mu, że nie chcę go już śnić.

- Mówił też, że powinieneś się cieszyć, że masz sny, bo faza Rem jest bardzo ważna dla organizmu – przypomniała mu leniwie.

- Spisywałem wszystkie sny, jakie miałem i jakie pamiętałem z wcześniej. Przywiozłem ten dziennik ze sobą.

- Chyba nocnik – ziewnęła.

- Sennik. W pierwszych snach występowała mała dziewczynka, cała w czerwieni. A wczoraj widziałem kobietę w czerwieni w śnie i na ulicy.

- Mówiłeś, że na ulicy widziałeś postać w czerwieni, albo raczej czerwone coś, które zniknęło.

- Ale we śnie była kobieta.

- Projekcja i autosugestia. Przeczytałeś sen z dzieciństwa i dostosowałeś wczorajszy do niego.

- Nie. Dziennik znalazłem dopiero rano, po naszej rozmowie. Wczoraj śniła mi się kobieta. Przed laty dziewczynka, myślę… Myślę, że to może być ta sama osoba. – Samantha szybko zgramoliła się z kokpitu siadając wyprostowana i całkowicie przytomna.

- Mów mi o dzienniku.

- To już jest to dziennik?

- Jo, proszę – skarciła go.

- W dzienniku było, że śniła mi się dziewczynka w czerwieni. Nigdy nie widziałem jej twarzy, a może raczej nie rozpoznawałem. Ona była dzieckiem i ja byłem dzieckiem. W każdym śnie spacerowaliśmy razem po lesie. Nie odzywaliśmy się. Tylko szliśmy przez las w milczeniu. Czasami się w nim bawiliśmy.

- To jej się bałeś? – Spytała podekscytowana. – Dlatego nie chciałeś chodzić spać?

- Raczej bałem się śnić o lesie – sprostował. – Bałem się go, to nie był taki las jak u nas czy u dziadków, kiedy mieszkaliśmy w Minnesocie. Bałem się, bo z każdym snem coraz trudniej było mi ją odnaleźć, a potem tylko szukałem, szukałem i szukałem i bałem się chodzić spać.

- Jo, zawsze mówiłeś, że boisz się zasypiać, a nie że boisz się konkretnego snu.

- Może wtedy odbierałem to inaczej.

- Jo, wybacz mi, że wcześniej sobie tego nie przypomniałam. Powinnam była przy naszej rozmowie w nocy.

- Ale czego?

- Wiesz kiedy zaczęły się twoje sny?

- Po przeprowadzce do Nowego Jorku.

- Kilka miesięcy po przeprowadzce to rodzice zabrali cię do Proctora. Sny miałeś już w Minnesocie – Jonah ponownie zahamował, sypiąc kurzem z pobocza – Tylko mnie nie wysadzaj! – Krzyknęła lekko histerycznie.

- Niby za co? – Zdziwił się, zbyt podekscytowany jej słowami, by powiązać fakty. – Jakie sny?

- W dzieciństwie uwielbiałeś spać.

- Jak każde dziecko.

- Nie opowiadałeś o nich dokładnie, zresztą miałam dziesięć lat, więc sam rozumiesz. Lubiłeś je, bo mówiłeś, że masz tam przyjaciół, a może przyjaciela, nie pamiętam, i się bawisz w ganianego i w chowanego. Naprawdę tego nie pamiętam – Przyłożyła dłonie do skroni, jakby to miało w czymś pomóc.

- A nie powiedziałaś o tym Proctorowi, bo?

- Bo mnie o nic nie pytał. Rodzice zabierali mnie tam, bo nie mieli lepszego pomysłu z kim mnie zostawić.

- Myślisz, że śniłem o dziewczynce?

- Możliwe i proszę cię, naucz się hamować, albo daj mi prowadzić.

- Kierownica należy do pani – uprzejmie wskazał siostrze koło kierownicze auta.

- Naprawdę? – Spytała z mieszanką szoku i ekscytacji w głosie.

- Naprawdę – musiał przemyśleć wszystko co mu powiedziała. Miał też nadzieję, że ona wie dokąd mają jechać w Reno, on nie miał bladego pojęcia. – Sam…

- Tak?

- Skoro mówimy sobie wszystko…

- To?

- Jest coś jeszcze – zawiesił na chwilę głos, zastanawiając się, jak jej to powiedzieć. W końcu uznał, że najlepiej powiedzieć jej to wprost. – Myślę, że budzą się we mnie demony – w napięciu oczekiwał na jej reakcję. Gwałtowne hamowanie, wzrok pełen przerażenia. Wybuch jakichś emocji.

- Nie tylko ty musisz z nimi żyć – odpowiedziała swobodnie.

- Ale moje są gorsze.

- Nieprawda – głos miała beztroski, nawet trochę radosny. – Oboje doskonale wiemy, że nie są.

- Ty nigdy nie wróciłaś zakrwawiona i w podartych ciuchach w środku nocy.

- To było tylko raz.

- Sam, ja czułem potrzebę… myślę, że miałem ochotę rzucić się na jednego faceta. Chyba chciałem go zabić.

- Co takiego zrobił? – Siostra zdawała się wcale nie przejąć jego słowami.

- Wszedł do baru śmierdząc benzyną i mokrym psem.

- Niejedna dziewczyna miała ochotę zabić faceta tylko za to, że wszedł – wybuchnęła serdecznym śmiechem. – A jakby przy tym śmierdział mokrym psem i benzyną… – pokręciła głową z niedowierzaniem.

- To nie jest zabawne!

- Nie jest,- przyznała, opanowując się. – Ale możesz nad tym panować.

- Brak mi twojej samokontroli.

- Jesteś zdolniejszy ode mnie w każdym aspekcie. Myślę, że gdybyś chciał, nie tylko mógłbyś je kontrolować, ale zupełnie w sobie zdławić.

- Jak na razie to one chcą zdławić mnie.

- To wybierz jakiegoś, niech poszaleje – wzruszyła ramionami.

- Sam!

- No co?

- Co ty w ogóle opowiadasz? Proponujesz, żebym następnym razem dał im poszaleć?!

- Jak mówię, że masz samokontrolę, jest źle. Jak mówię, żebyś je uwolnił, też źle. Chcesz żebym pogłaskała cię po główce i powiedziała mój ty biedulku? Zapomnij, prędzej cię strzelę w ten łeb, aż zacznie pracować jak należy. Weź się chłopie w garść. Jedziemy na dziewczyny!

- Mówisz, że ta jej siostra lubi Zmierzch? – Uśmiechnął się, oglądając przesuwającą się za oknami pustynię.

- Takie nastawienie to rozumiem.

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Tajemnica Redwood

 

II

27 wrz

Ciemność spowijała las. Szedł cicho, nie poruszając najmniejszą gałązką. Wokół panowała nieopisana cisza. Żadne z nocnych stworzeń nie przemówiło swoim głosem, najdrobniejszy liść, na najmniejszej z gałązek nie zaszeleścił. Szedł, delikatnie stawiając krok za krokiem po kobiercu z zeschłych liści. Pragnął, by choć jedna gałązka strzeliła pod jego ciężarem, pragnął by zaszeleścił zeschły liść. Nic takiego się nie działo. Zmierzał wciąż naprzód, pchany nieopisaną siłą. Siłą, która nie pozwalała mu się zatrzymać, nie pozwalała mu zawrócić. W oddali coś się poruszało, zmierzało w jego stronę. Wolał na to nie patrzeć, ale nie mógł też oderwać wzroku. Już wiedział co kroczy mu na spotkanie i nie mógł na to nic poradzić. Jedyne co mógł, to iść dalej. Nagle perspektywa się zmieniła. Nadal kroczył, ale cały las widział jakby z góry, nie potrafił odpowiedzieć sobie na tą zmianę. Nie był już sobą, a może właśnie teraz był sobą.

Przed nim coraz wyraźniej majaczyła postać, z każdym krokiem wyłaniała się z panującego wokół mroku. Na niebie nie było księżyca, lecz nie miało to znaczenia i tak widział ją wyraźnie, jakby była źródłem nieposkromionej światłości. Szła powoli w jego stronę, cała odziana w czerwień powoli zbliżała się do niego. Tak jak on nie mógł się zatrzymać, nieznaną siłą pchany w jej stronę, tak ona z wahaniem stawiała kolejne kroki, jakby rozważała ucieczkę. Stanęli naprzeciw siebie, twarzą w twarz. Teraz dostrzegł, że zjawa była w istocie kobietą, całą spowitą w czerwień. Nie rozpoznawał jej. Nie potrafił nawet powiedzieć, czy była piękna, czy brzydka. Wiedział, że była kobietą i do umysłu przez wszystkie warstwy przerażenia docierało przeświadczenie, że nie jest to ich pierwsze spotkanie. Kobieta delikatnie przechyliła głowę, przyglądając mu się uważnie. W jej osobie nie było nic z towarzyszącego mu przerażenia, które w tej właśnie chwili nie pozwalało mu się ruszyć na milimetr. Obserwowała go z namysłem i zaciekawieniem, badając każdy aspekt jego jestestwa. W końcu ostrożnie uniosła schowaną w czerwonym rękawie alabastrową dłoń, wyciągając ją w stronę jego twarzy. Kiedy jej dłoń była już o milimetry, udało mu się rozerwać krępujące go więzy przerażenia i poczuł jak potężna siła zasysa go daleko od czerwonej zjawy. Jeszcze tylko uchwycił wyraz szoku na jej twarzy i potężna siła szarpnęła jego ciałem.

Siedział na swoim łóżku, o dziwo nie dyszał, nie było mu gorąco, a zimny pot nie zalewał jego ciała. Siedział wyprostowany, wpatrując się w majaczący w ciemności zarys drzwi Na dworze wciąż panował nieprzenikniony mrok nocy. Chwycił leżącą na podłodze komórkę. Była trzecia w nocy. Wybrał numer.

- Halo? – Minęły ledwie dwa sygnały. Głos w słuchawce był zaspany.

- To ja. Miałem sen.

- Opowiedz mi – Sam odpowiedziała poważnym tonem.

Od chwili nagłego przebudzenia towarzyszyła mu przemożna ochota, by iść i utopić się w strugach lodowatej wody. Obawiał się jednak, że rodzice mogliby usłyszeć prysznic i domyślić się, że nadal coś jest nie tak, a potem byłyby kolejne natrętne pytania, jeśli tylko na nich by się skończyło, a to wcale nie było takie pewne. Nie mógł otrzeźwić swojego umysłu, ale i tak do rana nie kładł się już spać. Zapalił wszystkie światła, jakby elektryczność była potężną bronią cywilizacji, która miała go oddzielić od dzikiego lasu i najciszej jak potrafił, zaczął rozpakowywać zalegające na podłodze pudła. Jonah był zbieraczem. Nie, nie kolekcjonerem, a zbieraczem. Nie posiadał kolekcji setek znaczków pocztowych, lub niezwykle rzadkich monet. Nigdy nie pasjonowało go zgłębianie do reszty jednego tematu, zbieranie jednej tylko rzeczy wydawało mu się najnudniejszym pomysłem na świecie. On wolał pędzić za wieloma rzeczami, łapać za ogon tak wiele srok ile tylko mógł utrzymać, wiedzieć po trochu na każdy temat i mieć wszystko to, co akurat wydało mu się ekscytujące. W ten oto sposób na jego półkach przez lata zebrały się setki książek, dziesiątki najdziwniejszych komiksów. Kupiony od spragnionego alkoholika osiemnastowieczny podręcznik ekonomii jakiegoś wschodnioeuropejskiego królestwa, pochodzenia którego to podręcznika nie chciał się nawet domyślać. Zbór maskotek z każdego miejsca, jakie odwiedził w życiu – jeszcze nie miał żadnej z San Francisco – oraz dziesiątki komiksów, które stanowiły poważną część jego majątku.

Prócz zbieractwa posiadał też odziedziczoną po ojcu manię posiadania tego co najnowsze. Podczas gdy u ojca przejawiało się to kupowaniem najnowocześniejszej elektroniki, on wędrował od sklepu z komiksami do sklepu, kupując pierwsze numery nowości wydawniczych i zapisując się na listach oczekujących na nadchodzące premiery. Nigdy nie przyszło mu nawet do głowy, by kupić komiks o Supermanie. Spider-mana znał tylko z telewizji, a Batmana z kinowych ekranów. Podczas gdy jego koledzy zaczytywali się kolejnymi przygodami superbohaterów, lub rebootami ich historii, on czytał o Rompompoyu, Ecomanie, czy Melisandre. Większość z tych historii umierała śmiercią naturalną po jednym, góra dwóch numerach. Inne stawały się popularne, a niskie nakłady pierwszych numerów z każdym dniem zyskiwały na wartości. On miał je wszystkie.

W Nowym Jorku leżały na stosach w przepełnionych szufladach, tutaj na samym wstępie zażyczył sobie nowych mebli, które sam wybrał i mimo obiekcji rodziców upierał się przy swoim wyborze. Rodzice kręcili głowami kupując czarne meble w ascetycznym, skandynawskim stylu prostych form geometrycznych z wąskimi, nieustawnymi półkami podświetlanymi punktowym światłem. Nie wiedzieli jednak, że ich syn nie zamierza na tych półkach ustawiać codziennych rzeczy. Były one wybrane w tylko jednym, jedynym celu. Stworzenia idealnej przestrzeni dla jego zbioru.

Teraz każdy wartościowy przedmiot pozostający w jego posiadaniu stał na półce, w specjalnie przygotowanej gablotce, lub spoczywał na specjalnej podstawce, idealnie oświetlony i gotowy do podziwiania.

Nim się obejrzał na dworze zrobiło się jasno, a zegary w domu wskazały dziewiątą rano, on zaś nie widział końca swojej pracy. Pomyśleć, że wyjeżdżając z Nowego Jorku był przekonany, że prawie nic ze sobą nie zabiera. Teraz zastanawiał się, czy ktoś mu podstępnie nie rozmnożył dobytku.

- Jonah? – Głosowi matki towarzyszyło ciche pukanie.

- Możesz wejść – odpowiedział lekko zaspany. Podniósł się z podłogi, na której klęczał i jęknął, czując jakby ktoś rozgrzanymi do białości obcęgami rozrywał mu wszystkie ścięgna, jakie oplatały kręgosłup i miażdżył każdy kręg z osobna. Matka delikatnie pchnęła drzwi, które nie stawiały oporu, odryglowane zaraz po rozmowie z Sam.

- Widzę, że nie próżnowałeś – Wzrokiem omiotła pokój i pudła, z których niemal połowa stała już opróżniona.

- Nie mogłem spać.

- Jonah, jeśli chodzi o sny, że one… wróciły.

- Nie wróciły – uciął ostro, zbyt ostro by samemu móc w to uwierzyć. Przerwał na chwilę krzątanie po pokoju, by spojrzeć na matkę. – Miałem sen, wczoraj, kiedy położyłem się na chwilę przed przyjazdem taty. Śnił mi się ten las – przerwał na chwilę. – Wiesz, że nie podoba mi się pomysł z przeprowadzką.

- Poważnie? Słowem nie wspomniałeś – udała zdziwienie.

- Uważam, że mogliście mnie zostawić na ostatni semestr w Nowym Jorku, odczekać ze sprzedażą apartamentu, albo bez problemu znaleźć miejsce w jakiejś bursie. Położyłem się spać. Mój mózg musiał odreagować, więc mi się coś przyśniło. Potem byłem wyspany więc wstałem wcześnie i wziąłem się za porządki – wyjaśnił jej rzeczowo.

- No dobrze – uwierzyła. – Ale kolacji nie zjadłeś więc…

- Musiałaś mi przypomnieć! – Wykrzyknął, natychmiast zapominając o bolących plecach i snach. Ale jestem głodny – przez przeżycia nocy zupełnie zapomniał o tym, że od prawie 24 godzin nie miał nic w ustach.

- Tak nie pójdziesz – matka zaparła się w drzwiach, zagradzając mu drogę. Mógł ją oczywiście usunąć z przejścia kilkoma prostymi ruchami, ale nigdy nie przyszło mu nawet do głowy, by wykorzystywać swoje zdolności przeciwko rodzicom. – W bokserkach to możesz sobie paradować za zamkniętymi drzwiami.

- Ale to ty je przecież otworzyłaś, nie ja – z wyrzutem na twarzy wskazał na widniejący za matką korytarz.

- Nie wypuszczę cię tak z tego pokoju i żadne złote usta ci teraz nie pomogą – uśmiechnęła się do niego drwiąco.

- Jak wiesz mam je po tobie, poza tym nie rozpakowałem jeszcze ubrań – jęknął, coraz mocniej odczuwając głód.

- Nie mój problem – pozostawiła go samego, zamykając za sobą drzwi. Matka była liberalna w bardzo wielu sprawach, ale jednego nie znosiła i to nie zależnie, czy tyczyło się to niego, jego ojca, jej samej, czy Sam. Nie dopuszczała do chodzenia po domu w bieliźnie. Tyle, że Jonah miał w tej chwili do wyboru albo ubranie wczorajsze, albo bieliznę właśnie, a ubranie się we wczorajsze ciuchy wcale mu się nie uśmiechało. Najkrócej można by powiedzieć, że były one bardziej eleganckie, aniżeli wygodne. Przez chwilę stał rozważając, czy jednak nie wyrwać się z pokoju, przedostać do kuchni, ukraść czegoś do jedzenia i wrócić, nim matka zdoła go dopaść. Raz jeden jedyny wykonał taki manewr. Kiedy mieszkali w Nowym Jorku o północy wymknął się po kanapkę,.Do pokoju wrócił wtedy bez kanapki, za to z tyłkiem piekącym po nagłym kontakcie z miotłą. Dom był co prawda większy aniżeli ich niedawny apartament, ale nie miał pojęcia gdzie właściwie jest kuchnia. Doszedłszy do przekonania, że nie uda mu się przedostać do lodówki nie zauważonemu przez matkę, w desperacji nerwowym tikiem obgryzł kilka skórek z kciuka i zabrał się do przerzucania kolejnych pudeł w poszukiwaniu ubrań. Podczas gdy on kopał w poszukiwaniu czegoś wygodnego do założenia na siebie, stos leżących w nieładzie rzeczy, które w przyspieszonym tempie opuściły swoje pudła rósł. To zadziwiające, jak sycące potrafią być obgryzione z palców skórki, gdyż schodząc po schodach Jonah niemal wcale nie czuł już głodu, a jedynie z zaciekawieniem podziwiał najniższy poziom domu. Łączącą w sobie role salonu, jadalni i kuchni otwartą przestrzeń z podłogą wyłożoną deskami z jasnego drewna i szerokimi, szklanymi jak reszta frontowej ściany drzwiami, prowadzącymi na rosnący za domem trawnik.

- No nie – jęknął, widząc matkę schowaną za komputerowymi monitorami wpół drogi pomiędzy stołem jadalni, a kuchennym blatem. – Jak już kupowaliście dom, to mogliście wybrać coś z gabinetem dla ciebie. Znowu będę się przewracał o kable na podłodze.

- Jakbyś podnosił nogi, to byś się nie przewracał – powiedziała zdawkowo, nie podnosząc wzroku znad monitora. – Poza tym, są schowane pod podłogę – Wskazała na otwór, z którego wychodził gruby pęk kabli.

- Nie boisz się, że dobiorą ci się do nich karaluchy?

- Tutaj nie ma karaluchów, to nie Nowy Jork.

- To nie wiem, coś innego, jakaś mysz?

- Albo krwiożercza wiewiórka? – Zakpiła, nawiązując do wczorajszej rozmowy.

- No na przykład.

- Nie przesadzaj. Nic im się nie stanie pod tą podłogą.

- Ale gabinet – jęknął.

- Jest na górze, ale ja wolę pracować na otwartej przestrzeni, z widokiem na świat.

- Znaczy mieć wszystkich na oku.

- Mieć szerokie horyzonty.

- Eh – Jonah z rezygnacją machnął ręką. Z matką nigdy nie szło wygrać. Potrafiła przeciągać dyskusje w długie godziny, tylko po to, by ostatnie słowo należało do niej. Lepiej było się zająć buszowaniem po kuchni, co wbrew jego zewnętrznemu wyglądowi, stanowiło jedno z jego bardziej ulubionych zajęć. – Gdzie są moje pierożki Wonton? – Spytał rozglądając się po zakamarkach kuchni za pudełkiem ze swoją kolacją, którą przywiózł wczoraj wieczorem.

- Zjadłam na śniadanie – matka przyznała bez cienia emocji.

- Że co zrobiłaś?! – Wykrzyknął z oburzeniem, jakby matka dopiero co przyznała się do popełnienia masowego morderstwa.

- Zjadłam je na śniadanie – powtórzyła spokojnie.

- Ale czemu?

- Bo byłam głodna – wzruszyła ramionami, nie odrywając oczu od długiej tabeli liczb na ekranie.

- Ale były moje – jęknął ponownie. Jęczenie zaczynało powtarzać się zbyt często tego poranka, nie wróżąc za dobrze reszcie dnia.

- Trzeba było jeść je wczoraj. Dzisiaj nie było już na nich twojego nazwiska.

- Mamy takie samo nazwisko – zwrócił jej uwagę, grzebiąc w pudełku kuleczek czekoladowych, których nie zamierzał zalewać mlekiem.

- Ależ ty jesteś dzisiaj mądry.

- Nie tylko dzisiaj i pamiętaj. Mam to po tobie – wycelował w nią palcem niczym Wujek Sam na słynnym plakacie „I Want You”, zachęcającym do wstępowania do wojska.

- Mądrość?

- Wyszczekanie.

- Karma mi cię chyba zesłała.

- Ooo. Nie wiedziałem, że brała w tym udział jakaś Karma. Opowiedz mi o tym – przysiadł na brzegu jej biurka, wrzucając sobie do ust kolejne kuleczki, które rozgryzał z głośnym trzaskiem.

- Nie przeginaj i złaź. Przeszkadzasz mi w pracy – zepchnęła go z blatu.

- A co tak właściwie robisz?

- Szukam błędu – fuknęła, najwyraźniej zdeprymowana wykonywaniem zadaniem.

- No patrz, w życiu bym na to nie wpadł. Przecież jeszcze nigdy nie szukałaś błędów.

- Jonaaaah.

- No dobra, dobra. Ja się serio pytam.

- Dobrze, jeśli musisz wiedzieć – Odwróciła się od ekranu, podczas gdy on zaczął się nim coraz bardziej interesować. – Mój klient z Hongkongu wymyślił sobie, że jego informatyk napisze mu program do obsługi.

- Czego?

- Nie istotne – nigdy nie chciała mówić dla kogo i jakie wykonuje zlecenia. Czasami Jonah zastanawiał się, nad czyimi komputerami jego matka tak naprawdę sprawuje pieczę. Biura maklerskiego, władz państwowych, czy tajnej agendy wojskowej. – Informatyk program napisał, program wgrał, ale program nie działa.

- I ty masz znaleźć błąd – stwierdził, powoli kiwając głową. – Nie łatwiej byłoby napisać program?

- No patrz, w życiu bym na to nie wpadła – wykorzystała przeciw niemu jego własne słowa.

- Touche. Może plik instalacyjny jest uszkodzony? – Matka popatrzyła na niego tak, jakby zastanawiała się, czy jednak nie podmienili jej w szpitalu syna na idiotę.

- Rzecz w tym, że instalacja przeszła – wyjaśniła wreszcie spokojnie.

- A plik wykonujący? Może jest niekompletny? – Jonah połykał kolejne kuleczki, pochylony nad matką. Mała, pulsująca na skroni żyłka była jedynym świadectwem irytacji, jakie wywoływało w niej chrupanie syna.

- Sprawdziłam spójność pliku, tak jak i komendy – uprzedziła jego kolejne głupie pytanie. – Problem musi być gdzieś tutaj – wskazała na ekran z otwartym kodem źródłowym w postaci długich szeregów czarnych zer i jedynek w nieskończoność ciągnących się na białym tle.

- Nie łatwiej by ci było zamienić to na heksadecymalny? – Spytał widząc ilość linii, jakie matka miała do przejrzenia. – Od tego maczku można dostać oczopląsu i zasiepać się, nim przeczyta się to do końca – czuł, jak powoli obraz zaczyna wypalać mu się na gałkach ocznych. Obawiał się, że jeszcze kilka minut patrzenia i do końca dnia będzie widział te cyferki na każdym jasnym tle, na jakie spojrzy. Zupełnie jak z tym obrazkiem Chrystusa z trzema kropeczkami na czole, na który należało się intensywnie wpatrywać przez trzydzieści sekund, by potem on patrzył na ciebie z każdej białej ściany.

- Kwestia upodobania.

- Kwestia wygody – poprawił ją. – Tutaj masz błąd – wskazał na linijkę kodu

- Masz brudne paluchy, nie dotykaj – strzeliła go po ręku, nim zdołał dotknąć monitora.

- Jak sobie chcesz – zruszył ramionami, zabierając palec – ale tutaj masz błąd, za dużo jedynek. Nie ma takiej cyfry – Jonah nosił w sobie ogromną skazę, na pierwszy rzut oka niewidoczną, ale objawiającą się w najmniej spodziewanych momentach. Był dzieckiem dwojga informatyków i wszelkiego rodzaju ciągi liczbowe i równania były dla niego równie proste, jak dla przeciętnego człowieka chodzenie. Rodzice mówili czasem, że szybciej nauczył się czytania kodów, niż płynnego czytania po angielsku. Matematyka nie była dla niego liniami znaków zapisanych na kartce. Widział ją jak trójwymiarowy obraz, przestrzenny rysunek z brakującym elementem.

Pewnego dnia, kiedy miał trzynaście lat Sam przewiesiła mu się przez ramię, kiedy z braku lepszego zajęcia wpatrywał się tępo w przewijające się po ekranie kolumny cyfr, towarzyszące instalacji jakiegoś programu o bardzo prymitywnej oprawie graficznej. Łaskocząc go swoimi, długimi włosami zapytała wtedy, czy widzi tam brunetki blondynki i rude. Tylko, że życie to nie był Matrix. On widział tam ciągi cyfr, które układały się w sensowne całości, mające jakieś znaczenie i zastosowanie. Widział błędy i ich rozwiązania. Niedoskonałości i ozdobniki tylko spowalniające wykonanie zadania. Nigdy nie zobaczył w kodzie żadnej blondynki, ale może to i lepiej. Wolał nie być jednym z tych kolesi, którzy zakochują się w dziewczynach składających się jedynie z pikseli. Szkoda mu było na to czasu i ręki.

- Dobre oko – pochwaliła syna, poprawiając znaleziony przez niego błąd w kodowaniu. – Przepuśćmy to przez tester iii, dupa – mruknęła zrezygnowana, stosowanym słownictwem prowadząc do zakrztuszenia się Jonaha. Program testujący na sąsiednim ekranie wyrzucił komunikat o błędzie.

- Widzę, że ich informatyk to prawdziwy geniusz. Może jednak rozważysz napisanie tego programu od podstaw.

- Nawet nie ma takiej opcji – matka najwyraźniej także napisanie tego programu od zera uważała za najsensowniejsze rozwiązanie. Cóż jednak pozostaje z sensu, jeśli szef uważa, że wie lepiej.

-No to szukaj dalej, – Jonah powiedział ze współczuciem – a ja tymczasem się poobijam.

- Może byś mi pomógł? Przesłałabym ci połowę kodu – w głosie matki tliła się iskierka nadziei, wzbudzona chwilowym zainteresowaniem ze strony syna.

- O nie, nie, nie, koleżanko. Tak to nie ma. Raz, że każesz mi się wyprowadzić z Nowego Jorku – zaczął jej wyliczać na ubrudzonych czekoladą palcach. – Dwa, przywozisz mnie w tą dzicz. Trzy i to najważniejsze, zjadasz mi moje pierożki Wonton, a teraz prosisz o pomoc? Myślę, że powinnaś spodziewać się spotkania z Karmą.

- Ugryź się – mruknęła. Jonah stał przy szklanej fasadzie domu, przyglądając się trawnikowi na zewnątrz i pokrytym gęstym lasem wzgórzom, które tonęły w odcieniach zieleni brązu i złota. W świetle dnia okolica nie wyglądała tak strasznie, jak podczas nocnej przejażdżki, nie wyglądała nawet tak strasznie, jak w chwili, kiedy po raz pierwszy przemierzali ją taksówką. Był to zwykły las, jakich wiele było w kraju. Ostatni bastion przyrody powoli otaczany ze wszystkich stron przez cywilizację. Możliwe, że miejsce to mogło się okazać wcale nie bardziej dzikie aniżeli Central Park z jego kojotami, które coraz częściej nocami wybierały się na ulice miasta.

Kiedy wczorajszego ranka startowali z Nework, towarzyszyła im śnieżna zadymka i delikatny mróz. Pomimo zbliżających się świąt Bożego Narodzenia po wylądowaniu San Francisco powitało ich słońcem i szesnastoma stopniami. Dzisiaj zapowiadała się równie piękna pogoda. Ta zmiana była szokująca i wiedział, że o ile nie uda mu się na studia wyrwać z powrotem na wschodnie wybrzeże, to może zapomnieć o śniegu na dobrych kilka lat.

- Zaczyna ci się tutaj podobać. Przyznaj się – matka obserwowała jego nieruchomą postać na tle dzikiej przyrody.

- Wprost przeciwnie, mamo. Wprost przeciwnie – mruknął odchodząc od okna. Matka nawet sobie nie wyobrażała, jak daleka była od prawdy, a on sobie nie wyobrażał jak to przynoszące koszmary miejsce, mogłoby mu się spodobać.

Wróciwszy na górę, doszedł do ostatecznego wniosku, że jego pokój wybudowany był z myślą o kobiecie. Nie chodziło tutaj o jego układ, który przyprawiał o filmowe Deja-wu, czy przestronną łazienkę wyposażoną zarówno w prysznic, który mógł pomieścić więcej niż dwie osoby i wannę zapewniającą wygodę rosłemu koszykarzowi. Tego poranka chodziło mu głównie o garderobę, która była większa aniżeli sam pokój, a co najważniejsze, podobnie jak łazienka schowana była pod ziemią i nie posiadała okien. Jonah dłuższy czas rozważał, czy nie przenieść tutaj swojego łóżka, wyzwalając się od nieustannego widoku lasu, który nawet w świetle dnia przyprawiał go o ciarki przywodząc wspomnienia nocy. Martwił się jednak, czy takie przenosiny nie skończyłoby się kolejnymi latami spotkań, na których musiałby opowiadać ze szczegółami o swoim życiu i wysłuchiwać bezsensownych rad terapeutów. Kiedy był dzieckiem nie miało to większego znaczenia, choć już wtedy wiedział, że nie miało to sensu i prawdopodobnie pogarszało jego stan. Jako siedemnastolatek wolał nie spowiadać się ze swojego życia osobistego wynajętemu przez rodziców facetowi. Właściwie to nie wiedział o jakim życiu osobistym miałby mówić, skoro takowego nie miał. Był popularny, chodził na imprezy, kilka razy błogosławił fakt, że nowojorscy policjanci uwielbiają pączki, ale życie osobiste było czymś, co właściwie mu się nie przytrafiało.

Rozpakowywanie, przyprawiało go o jeszcze większe mdłości, aniżeli pakowanie się w Nowym Jorku, więc bez najmniejszego żalu walnął się na łóżko z niewielkim komputerem w dłoniach. Szybko wykasował migające w rogu okienka z zaproszeniami na nowojorskie imprezy. Chwilowo był poza ich zasięgiem. Przeleciał wzrokiem zaśmiecający jego skrzynkę mailową spam. Tylko jedna wiadomość przyciągnęła jego uwagę. Był to list od jego mistrza, który oferował skontaktowanie go z zaufaną osobą mieszkającą w rejonie zatoki.

Mistrz był dla niego mentorem, a od wyjazdu Sam stanowił także jedyne oparcie, na jakie zawsze mógł liczyć w Nowym Jorku. Jonah nigdy nie odważył mu się zwierzyć ze wszystkich swoich tajemnic. Tajemnic, o których często wiedziała tylko i wyłącznie Sam i pojęcia, o których nie mieli jego rodzice. Mimo tego, mistrz był tą osobą, która nie jeden raz pomogła mu wyciszyć tkwiące w nim demony. Teraz był daleko od Nowego Jorku, daleko od Sam i po tylu latach znowu śnił. Wcale by się nie zdziwił jeśli zbudziłyby się i demony.

Przez chwilę tkwił z dłonią zawieszoną nad przyciskiem „Odpowiedz”, ale co tak właściwie miał odpowiedzieć. Napisać, że u niego wszystko w porządku? Przecież tak nie było. Napisać, że ma sny? O tym nigdy nie rozmawiali i wątpił, by mistrz zrozumiał czytając o tym w mailu. Miał poprosić o skontaktowanie z tą zaufaną osobą tylko po to, by zaczynać od początku? Od opowiedzenia o demonach, od pokazania co już umie i w jakim celu potrzebuje mistrza? Czy to w ogóle byłby jeszcze dla niego mistrz? Postanowił pozostawić sprawy swojemu biegowi. Jeśli coś się wydarzy może nie będzie jeszcze zbyt późno.

Wyłączył program pocztowy i zagłębił się w katalogi szukając tego, po co uruchomił komputer w pierwszej kolejności. Rozpoczętego i już wiele tygodni wcześniej zarzuconego opowiadania. Na białym tle edytora tekstu pojawiła się przed nim od dawna nie widziana historia młodego chłopaka, mieszkańca Nowego Jorku, który w azjatyckiej knajpce zjadł nieodpowiedniego grzybka zyskując niepokojące zdolności. Jonah miał za sobą już kilka różnej długości opowiadań, ale tym razem po raz pierwszy postanowił się zmierzyć z fantastyką. Już po kilku stronach zorientował się, że napisać scenariusz fantastyczny jest łatwo, ale napisać takie opowiadanie, to zupełnie co innego. Swojego bohatera pozostawił w czasie medytacji, nad dalszą drogą życiową. Czy ma zostać mścicielem. Postrachem przestępców, którzy nocami będą się bali opuszczać swoje przesiąknięte złem kryjówki, czy też może dołączy właśnie do nich, stając się złoczyńcą, którego nikt nie będzie mógł powstrzymać. Obie drogi były równie kuszące, zarówno dla Jonaha, jak i jego bohatera. Chłopak zamarł raz jeszcze z dłońmi nad klawiaturą. Przywołał w swojej pamięci wszystkie postacie, jakie stworzył do tej pory. Ludzi dobrych, lub przynajmniej takich, którzy balansowali w odcieniach szarości. Złamanych przez życie, lub obarczonych jakimś dylematem. Postaci niepełne w swoim jestestwie i poszukujące właściwej drogi, swojego mentora. Przywołał wszystkie odcienie siebie, jakie kiedykolwiek przelał na papier umieszczając w innym ciele i pomyślał o swoim innym obliczu, przed którym zawsze bronił swoje postaci. Pomyślał o tym, że ich niepełność. Poszukiwania samego siebie nie są zamierzonym zabiegiem autora, a upośledzeniem ich ze strachu.

Położył palce na klawiaturze, obserwując jak jego bohater przerywa trwające od wielu tygodni medytacje, demoluje swoje mieszkanie, które powoli staje w płomieniach, zajmując się od przewróconej świecy, a następnie wyskakuje z okna dziesiątego piętra i znika w odmętach nocy.

Wreszcie czuł się wolny, nie tworzył czegoś, wedle upodobań czytelników. Zagłębiał się w historię o samym sobie i czuł się z tym dobrze. Kolejne zdania przelewały się przez jego umysł tak szybko, że ledwie nadążał, by przelać je na papier. Historia zaczynała przypominać szaleńczą pogoń, w której ryk syren mieszał się z wystrzałami z policyjnej broni i rykami wściekłości, kiedy główny bohater coraz głębiej zapadał się w sobie. Historia spowolniła właśnie na krótką chwilę, w której nowojorska knajpka demolowana była w poszukiwaniu cudownych grzybów, które dawały moc, kiedy Jonah poczuł, że nie tylko jego bohater czuje się głodny.

Z komputerem wrzuconym do torby i kluczami w dłoni, poczuł że najwyższa pora by po raz kolejny wyrwać się z domu. Nie miał ochoty stołować się w domu, gdzie musiałby sobie gotować pod czujmy okiem rozłożonej przed komputerami matki. Wolał skorzystać z dobrodziejstw jakiejś knajpy. A co! Stać go było. Wątpliwości co do tego co chciałby dzisiaj zjeść rozwiały się w nim, gdy tylko wsiadł do samochodu. Na fotelu pasażera spoczywała samotnie biała serwetka z East-West Dinning, w umyśle Jonaha skrystalizował się obraz zalotnie uśmiechającej się blondynki z okienka. Było bardzo mało prawdopodobne, aby po wczorajszej, tak późnej zmianie dziewczyna miała być już w pracy i nie wiedział dlaczego właściwie miałaby być na sali, gdzie zamierzał siąść, zamiast oczekiwać na zamówienia w okienku. „Może jej koleżanka złamała nogę” pomyślał wciskając gaz. Otaczające wąską dróżkę krzewy rozmyły się w jedną smugę. Nie zwracał uwagi na otoczenie, tym razem liczył się dla niego jedynie cel podróży, a miejsce w którym się znajdował przestawało mieć znaczenie. Mógł znajdować się w ciemnym lesie, lub na środku pustyni, ale to go już nie obchodziło. Postanowił nie poddawać się temu miejscu i walczyć. Pokaże temu lasowi kim jest i jak należy go traktować. Przyroda nigdy nie pokona człowieka. Chyba….

Zatrzymawszy się pod barem, wyskoczył z samochodu nie starając się nawet kryć goszczącego na jego twarzy wyrazu pogardy wobec otoczenia. Był dzieckiem Manhattanu. Najwspanialszego miejsca na świecie. Mieszkał w budynkach, które swoimi szczytami kroiły chmury, wyrastając ponad smog i poranną mgłę. Wyrastające przy barze osiedle domków budziło w nim na wpół śmiech, na wpół politowanie. Były jak domek z bajki o trzech świnkach i wilku, który chuchał, dmuchał i rozwalił chatkę w drobny mak.

Wnętrze baru było o tej porze niemal zupełnie puste. Zaledwie kilka osób zajmowało porozdzielane niskimi, trzcinowymi płotkami boksy ze skórzanymi kanapami, stoliki na środku sali pozostawiając zupełnie puste. Wystrój utrzymany gdzieś wpół drogi pomiędzy barem z hamburgerami, a chińską restauracją bawił, ale i nadawał unikalnego klimatu. Jonah siadł w jednym z boksów niemal natychmiast odpalając swój komputer i zabierając się do dalszego pisania. Nie wiedział, czy ma podchodzić do baru, by złożyć zamówienie, ale małe karty na stole i kręcące się poprzedniego dnia po sali dziewczyny w kitelkach dawały nadzieję na bycie obsługiwanym. Kolejne słowa zaczęły uzupełniać jego historię o nowe, fascynujące elementy, które miały zacieśnić intrygę i zelektryzować potencjalnych czytelników.

- Co podać?

- Pierożki Wonton – odpowiedział, nie podnosząc wzroku od ekranu. Strasznie ciążyła mu na sercu i żołądku utrata jego obiadu.

- Nie za wcześnie na Wonton?

- Nigdy nie jest za wcześnie na Wonton – podniósł wreszcie wzrok, tylko po to, by natrafić na zalotny uśmiech blondynki z okienka. Na jego usta zabłądził delikatny uśmiech – Chyba, że możesz mi zaproponować, coś naprawdę godnego uwagi?

- A więc pierożki Wonton – zanotowała skrzętnie w małym notesiku. – Coś do picia?

- Do picia, hmm. Do picia najlepsza byłaby – zastanawiając się, delikatnie postukał się opuszkiem palca wskazującego w usta.

- Herbatka Imbirowa?

- Też tak myślę – zgodził się, kiwając głową.

- Czy to wszystko?

- Tak, dziękuję.

- Zaraz przyniosę herbatkę, na resztę zamówienia, musi pan chwileczkę zaczekać.

- Jonah.

- Proszę?

- Jestem Jonah.

- Musisz zaczekać na resztę zamówienia, Jonah.

To było tak, jakby dwie rzeczy były ze sobą ściśle powiązane. Dzwonek zawieszony nad drzwiami zadzwonił, gdy tylko blond kelnerka odeszła ze złożonym przez niego zamówieniem. Jonah nie widział kto wszedł do wnętrza lokalu, ale od tej chwili chłopak nie mógł skupić się na swoim poprzednim zajęciu. Nieustannie czół potworny ciężar, który spoczywając na jego barkach napinał wszystkie mięśnie w jego ciele. Nie było to uczucie towarzyszące przeświadczeniu, że ktoś cię obserwuje, ani też uczucie niepokoju, czy przemożnej chęci odwrócenia się w tamtym kierunku. Było to uczucie, które towarzyszy potrzebie podjęcia działania, które wydaje się na wskroś nieodpowiednim, tylko dlatego, że sytuacja jest nieznośnie irytującą. Było to uczucie, które zazwyczaj poprzedzało obudzenie się w nim demonów. Wziął kilka głębokich wdechów, uspokajając swój organizm, rozluźniając mięśnie i oczyszczając umysł nim powoli odwrócił głowę. Dobre dziesięć metrów od niego, przy jednym ze stolików siedział wysoki chłopak o kasztanowych włosach w bezładzie opadających do połowy pleców. Ubrany był w oblepiony nazwami sponsorów kombinezon motocyklowy. Nawet z tej odległości Jonah czuł bijący od kolesia smród benzyny i zmokniętego psa. Choć ten drugi akurat, był zupełnie pozbawiony sensu. Poczuł, jak zaciskają mu się szczęki, a pięści zaczynają swędzieć, gotując się do brutalnego spotkania z przeciwnikiem. Ramiona na powrót się napięły, a ciało przybrało pozycję umożliwiającą jak najszybszy skok od stolika. Tylko tego mu teraz brakowało, by dzień po przyjeździe obudził się w nim jeden z demonów. Choć właściwie, to czemu by nie. Co go powstrzymywało. Sam? Sam była daleko i nie widzieli się całe wieki. Rodzice? Oni już dawno nie stanowili argumentu. Mistrz? Po raz pierwszy od dawna znajdował się poza zasięgiem jego opiekuńczych ramion. „Jeśli nie możesz ich powstrzymać. To ty wybierz, który się objawi” Sam powiedziała mu podczas jednej z długich nocy, kiedy żadnemu z nich nie chciało się spać. Nigdy nie sprawdzał tej teorii i nie wiedział nawet jakie dokładnie demony kryły się w jego wnętrzu. Zwęził oczy, rejestrując całe otoczenie. Przykręcone do podłogi stoliki, krzesła o aluminiowych ramach, plastikowe stojaczki na menu, butelki na sos zrobione z grubego szkła, małe doniczki z drewnianymi kwiatuszkami. Poczuł, jak krew zaczyna pulsować w nim szybciej.

- Zobaczyłeś coś ciekawego? – Głos kelnerki podziałał na niego, niczym kubeł lodowatej wody.

- Szczerze powiedziawszy, przed wejściem do baru nie widziałem absolutnie niczego wartego mojego zainteresowania.

- Musiałeś mieć beznadziejnego przewodnika.

- Nie miałem jeszcze czasu zwiedzać.

- Czyli dobrze trafiłam, że nigdy wcześniej cię tutaj nie widziałam.

- Przeprowadziłem się dopiero wczoraj.

- Od razu trafiając do nas.

- I już drugi raz wpadając na ciebie.

- Koleżanka złamała nogę i musiałam ją zastąpić.

- Absolutnie nie mogę powiedzieć, by było mi przykro z tego powodu – odpowiedział jej czując jak robi mu się zimno, na wiadomość o złamanej nodze.

- Twoja herbata – nagle przypomniała sobie o wciąż trzymanym zamówieniu, z lekkim brzękiem stawiając filiżankę i czajniczek na blacie.

Rozmowa odwróciła jego uwagę od długowłosego faceta, pozwalając ponownie skupić się na pisaniu swojej powieści. Gdzieś w zakątkach umysłu wciąż tłukła mu się złamana noga kelnerki. Nie wierzył w coś takiego, jak zbiegi okoliczności, a w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin wydarzyło się ich tyle, że zaczynało go powoli mdlić.

Dziewczyna nie odezwała się już do niego, ani przy podawaniu zamówienia, ani kiedy przyniosła rachunek, choć wciąż się uśmiechała, kiedy na nią spoglądał. Nie widział, czy jest zła za jego opinię o złamanej nodze koleżanki, czy może wyczerpał jej się zasób tematów do rozmowy z klientami.

Do przyniesionego przez dziewczynę rachunku jak zawsze w takich lokalach dołączone było ciasteczko szczęścia. Nie lubił tego zwyczaju i nie przepadał za bzdurnymi wróżbami, jakie zapisywane były na karteczkach: „Rozwiązanie twojego problemu jest już w twojej głowie”. „Miłość twojego życia jest tuż za rogiem”. „Póki się nie poddałeś, jesteś zwycięzcą.” Miał zostawić je nie przełamane, by ktoś inny znalazł swoją „szczęśliwą wróżbę”, ale to był nowy początek, czemu więc i nie spróbować. Ciasteczko trzasnęło, pyląc talerzyk drobnymi okruszkami, kiedy przełamywał je na pół. Wewnątrz jak zwykle znajdował się biały rulonik z dobrą wróżbą.

Ona czeka właśnie na ciebie”

Uśmiechnął się delikatnie. Jak zawsze o wszystkim i o niczym. Spojrzał na blond kelnerkę w oczekiwaniu na jego rachunek zajmującą się innym klientem. W nagłym impulsie wyjął z kieszeni długopis, na odwrocie wróżby zapisując numer telefonu.

Idąc do samochodu odwrócił się jeszcze w stronę lokalu, gdzie dziewczyna chowała do kieszeni mały rulonik.

Odpalił auto, pozwalając by kryjący się pod maską potwór ryknął z pełnią swej mocy. Nastał nowy świt, nowy dzień, nadeszło nowe życie, a on wreszcie czuł się dobrze. Zaledwie w ciągu kilku godzin odnalazł w sobie siłę, której od dawna mu brakowało i ta siła z każdą chwilą w nim wzrastała. Kiedy jechał, nie widział już kartonowych domków, nie widział byle jakich przedmieść. Widział cywilizację, która wygrywała walkę z dziką przyrodą, wydzierając jej kolejne akry pól i lasów. Nie widział już mrocznego lasu, kiedy wjechał na wzgórza. Widział promienie słońca, które pokonują korony drzew by zawładnąć należną im Ziemią. Skupił się na nich i zieleń przesłonięta nagle została przez złoto. Nie zmieniło się bynajmniej jego nastawienie do tego miejsca. Nadal mu się ono nie podobało i było równie paskudne, jak poprzedniego dnia. Nadal nie marzył o niczym innym, jak wyrwaniu się stąd z powrotem do jego kochanego Nowego Jorku, ale już nie poddawał się temu uczuciu, gdyż to on kreował swój świat i choć jeszcze o tym nie wiedział, świat ten miał być tak odmienny od tego, który znali wszyscy w około, jak to tylko możliwe.

- Gdzie byłeś?! – Matka zawołała z dołu, kiedy tylko zatrzasnęły się za nim drzwi.

- Podrywałem dziewczyny! – Odkrzyknął zbiegając już po krętych schodach. W odpowiedzi usłyszał jedynie ironiczny śmiech.

- Ha, ha, ha – ja pytam poważnie.

- Ktoś mi zjadł obiad, więc musiałem kupić sobie nowy – krzyknął po raz ostatni – i podrywałem dziewczyny – dokończył cicho, otwierając drzwi do swojego pokoju.

- Wystarczy że rzucisz sobie na ścianę odpowiednią fototapetę i fanki wampirów ustawiać ci się będą do łóżka w kolejce, bez konieczności ich podrywania – Na jego łóżku w nonszalanckiej pozie leżała długowłosa blondynka obdarzona przez naturę wszystkim tym, co powala mężczyzn na kolana.

- Sam! – Wykrzyknął zszokowany, ale i uradowany jej widokiem.

- Cześć mały – nawet nie zaprzątnęła sobie głowy czymś takim, jak wstanie, by się przywitać.

- Ale jak? Przecież rano rozmawialiśmy – Jonah pogubił się na jej widok. – Byłaś w Bostonie. Nie byłaś?

- Kiedy siedziałeś w tym lesie, wynaleźli coś takiego jak samolot. Swoją drogą, następnym razem masz po mnie wyjechać. Straciłam majątek na taksówkę. Nasze bardziej rypią, jak po nich skakać – Powiedziała podnosząc się wreszcie na łóżku i delikatnie na nim podskakując.

- Wasze łóżka rypią, bo zamiast się uczyć, ciągle po nich skaczecie.

- Touche – zaśmiała się. – Słyszałam, że ktoś zjadł ci wczorajszy obiad, braciszku – wyciągnęła w jego stronę papierowe pudełko. – Ale skoro sam już sobie poradziłeś z tym problemem.

- Dzięki! – Szybkim ruchem odebrał pudełko, opadając na łóżko ciesząc się nieproporcjonalnie do otrzymanego prezentu. Mieli z Sam niemal identyczne upodobania, a za ulubione potrawy mogliby zabić, nawet jeśli byli całkowicie najedzeni, jak on teraz i miały im one wyjść uszami. – Rodzice wiedzą, że przyjechałaś?

- Nie. Teleportowałam się wprost do twojego pokoju. Ktoś mnie przecież do tej twierdzy musiał wpuścić – przewróciła oczami, odpowiadając z przekąsem. – To było jakieś tajne więzienie, czy coś?

- Ja stawiałem na Al-Kaidę – Niemal zawsze myśleli to samo. Ze swoimi przeczuciami mogliby być bliźniakami, ale nie byli.

- Mmmm. Al-Kaida nie chowałaby się w lesie. To zbyt oczywiste. Raczej ulokowaliby się w centrum jakiejś metropolii – powiedziała przełykając swoją porcję obiadu.

- Sam chętnie ulokowałbym się w jakiejś metropolii – przyznał. – Ale wracając do pierwszego pytania. Co ty tutaj robisz? Wywalili cię ze studiów?

- Jak możesz! – Udała urażenie. – Mam stypendium naukowe.

- Chodziło mi o to, co robisz po nauce.

- Po nauce śpię w swoim pokoju – uściśliła pospiesznie.

- Aktywnie.

- Pasywnie. Zajmij się lepiej swoim łóżkiem, bo jak sam zauważyłeś, jest mało wyskakane – posłała mu kuksańca pod żebra.

- No dobra, to po co przyleciałaś?

- Odwiedzić rodzinę. Mam ferie, a za kilka dni święta. Gdzie choinka, Jo?

- Wybierz sobie dowolną. Za oknem są ich setki – wskazał ścianę lasu od widoku którego nie można było się uwolnić.

- I żadna nie jest ubrana – zwróciła mu uwagę.

- Ubrana została na Rockefeller Plaza.

- To nic, jakąś się znajdzie i ubierze. Jeszcze nic straconego – Zatarła ręce, gotowa do podjęcia się świątecznego wyzwania. Reszta posiłku i kolejna godzina zeszła im na rozmowie o Sam, która już czwarty rok studiowała w Bostonie, spędzając z rodziną zaledwie kilka tygodni w roku. Od ich ostatniego spotkania minęło prawie pół roku, co zaczynało być bardzo irytującym zwyczajem, który doskwierał im obojgu, bo choć jedno z nich wiodło już swoje dorosłe życie, a drugie w tą dorosłość wkraczało nie odnajdywali rozrywki lepszej, aniżeli we wzajemnych przekomarzaniach.

Samantha i Jonah byli szalonym rodzeństwem. Z jednej strony mimo różniących ich czterech lat byli praktycznie nierozłączni i poszliby za sobą w ogień. Z drugiej zaś potrafili się tłuc i to bynajmniej nie do pierwszej krwi. Nie raz się zdarzało, że Jonah kończył jakąś sprzeczkę z rozcięta wargą, albo rozkwaszonym nosem. Sam świetnie się biła i uważała, że każda kobieta powinna potrafić nie tylko się obronić, ale i sprać przeciwnika. To za jej namową chłopak zaczął ćwiczyć wschodnie sztuki walki.

Dzięki Sam Jonah przeszedł przez okres dojrzewania bez krępujących rozmów z rodzicami. Czytania bzdur w internecie i dowiadywania się jeszcze większych bzdur od szkolnych kolegów. Czasami, kiedy w tych czasach słuchał „mądrości” kolegów z klasy nie wiedział, czy ma się śmiać, czy załamywać. Później, kiedy zaczął wchodzić w dorosłość Sam wyjechała studiować na MIT. Nie miał do niej pretensji o to, że chciała się rozwijać, ale po części to właśnie jej nieobecnością w tym okresie tłumaczył swoje dotychczasowe niepowodzenia z dziewczynami. Nauczony okresem dojrzewania nie wierzył kolegom i internetowi, a odcięcie od ich kolorowanych opowieści i filmików w sieci sprawiło, że zupełnie nie wiedział, jak zabrać się do tematu.

- Na litość boską! – Wykrzyknęła podczas któryś odwiedzin w domu. – w naszych czasach musieliśmy sobie radzić bez RedTube! Kładziesz ją na plecach, zabezpieczasz się i robisz co należy. Dwie trzecie facetów ma gdzieś to, czy sprawiają dziewczynie przyjemność, więc i ty się tym nie przejmuj za pierwszym razem. Upośledzone dzieci internetu – zakończyła wtedy swoją przemowę.

Pomogło, ale dziewczyny i tak sobie nie znalazł.

- Masz już plan, co będziesz robił po liceum? – Zmieniła nagle temat, kiedy opowieść o uniwersyteckim życiu dobiegła końca.

- Wyrwę się z tego lasu, choćbym miał sobie drogę wyrąbać tępym toporem – odparł masując sobie nadgarstek, jakby rozgrzewał go przed długą i ciężką pracą.

- Nie o to pytam.

- Chcę studiować na MIT, jak ty.

- Ani mi się waż! – Wykrzyknęła, aż zadzwoniło mu w uchu.

- Co, boisz się przedstawić mnie swoim koleżankom? Czy nie dałbym sobie rady?

- Jestem pewna, że byłyby tobą zachwycone i z całą pewnością dałbyś sobie radę. Jesteś za normalny, żeby z nami studiować. To by ci wyprało mózg.

- Tak jak tobie?

- Ja byłam szurnięta nim tam pojechałam – odparła z nieskrywaną dumą, wypinając pierś niczym mały bohater.

- Przez grzeczność nie zaprzeczę – wyszczerzył do niej zęby.

- Po co się tam w ogóle pchasz?

- Najlepsze wydziały robotyki i elektroinżynierii w kraju.

- A nie myślałeś o filmoznawstwie, scenopisarstwie, albo reżyserii? – Strzeliła tak daleko od jego pomysłów, że przez chwilę nie wiedział co odpowiedzieć. – No co się patrzysz. Widziałeś więcej filmów niż cała rodzina razem wzięta.

- Sugerujesz, żebym został odszczepieńcem rodziny?

- Sugeruję, że możesz zrobić na tym lepszą kasę, niż na na inżynierii i oboje wiemy, że jesteś w tym świetny. Przyznaj się, co ostatnio napisałeś? No przyznaj się – zachęcała, poszturchując go łokciem.

- Dam ci do poduszki, jeśli będzie ci się w nocy nudziło – uśmiechnął się zdawkowo.

- Umowa stoi – to niesamowite, jak szeroki uśmiech potrafił zagościć na jej twarzy, kiedy popadała w samozadowolenie. – i pamiętaj. Bądź kim chcesz, a rodziców zostaw mnie – zabrzmiało to naprawdę groźnie, koniec końców oboje wybuchnęli jednak gromkim śmiechem.

Posiadanie Sam w domu było miłą odmianą. Na pierwszy rzut oka nie przypominali siebie w niczym. Ona podobna do ojca. Blondynka o zgrabnym, lecz wysportowanym ciele i śniadej cerze. Swoim metr osiemdziesiąt górowała nad innymi dziewczynami i większością chłopaków. On prawie pół głowy od niej niższy, szczupły brunet podobny do matki jak dwie krople wody. Teraz, w wyniku nowojorskiej zimy, dodatkowo blady jak ściana. Tylko czekał na kolejny dowcip o posypywaniu brokatem. Mieli jednak wspólną cechę, która ich matkę doprowadzała do furii, a pozbawionego poczucia humoru ojca na skraj załamania. Rodzeństwo było niezrównanymi mistrzami sarkazmu, którego pokłady były wprost niewyczerpane. Bywały takie dni, że nie porozumiewali się między sobą, ani z domownikami w inny sposób aniżeli sarkazmem i ironią, nawzajem się napędzając. W takie dni ojciec milczał, nie wiedząc kiedy mówi się do niego prawdę, a kiedy się żartuje, a matka dostawała furii świadoma, że odziedziczyli tą cechę właśnie po niej. Teraz historia miała się powtórzyć.

- Mamo – Sam zawołała, schodząc do salonu. – Ubieramy choinkę! – W jej głosie było tyle euforii i zachwytu, jakby dopiero co wygrała miliard dolarów, albo wzięła jakieś naprawdę mocne prochy.

- Jaką znowu choinkę? – Ich matka spytała z mieszanką zaciekawienia i niepokoju w głosie.

- Najwyższą, jaką uda nam się znaleźć – Jonah zawtórował siostrze z podobną ekspresją.

- Tamta się nada? – Wskazała co najmniej dziesięciometrowe drzewo na zboczu.

- Ujdzie, ale przyda się nam piła – matka popatrzyła na drzewa za oknem niezrozumiale poruszając szczęką.

- Ha, ha, ha – odpowiedziała wreszcie. – Już się zeszliście.

- Zeszliśmy, ale za choinkę się i tak zabieramy – Sam twardo stała przy swoim pomyśle. – Gdzie są ozdoby?

- Wy na serio? – Matka oderwała się wreszcie od swoich komputerów, stając na środku salonu, jakby z jakiegoś powodu miałoby to być najlepsze miejsce do obrony.

- No przecież idą święta – córka jęknęła zrezygnowana – Gdzie są ozdoby?

- Zostały w Nowym Jorku – Matka odpowiedziała ze stoickim spokojem.

- Żartujesz?!

- Nie żartuję. Zostały w Nowym Jorku – Sam spojrzała na brata w poszukiwaniu potwierdzenia. Ten jednak wzruszył ramionami.

- Ja rodziców wychowałam, a ty rozpuściłeś ich jak dziadowski bicz – jęknęła wyciągając komórkę. – Tato – odezwała się po chwili oczekiwania na połączenie. – W drodze do domu skocz do Searsa i kup ozdoby. Choinkowe, tato. Choinkowe. Nie, nie żartuję i nie, nie masz mi ich przywozić do Bostonu. Do lasu, tato. A po co są ozdoby choinkowe? No właśnie. Eh – sapnęła poirytowana. – Tato, skup się. Pojedź do Searsa, kup ozdoby choinkowe i przywieź je do domu. Mało masz choinek wokół domu? Nie dyskutuj głupio. Matko przenajświętsza. Zrób o co cię proszę. No, cześć. Ty – wskazała na brata palcem. – Zmieniłam zdanie. Masz iść na Bioinżynierię i wymyślić poczucie humoru w pigułce. Ja przez naszego ojca osiwieję.

- On przez ciebie też, Samantho – matka powiedziała z dezaprobatą. – Nie masz do niego za grosz szacunku.

- Mam do taty ogromnie wiele szacunku, mamo. Nie zmienia to jednak faktu, że czasami zastanawiam się, czy oświadczając ci się, nie pomylił ironii ze zgodą z twojej strony.

- Nie pomylił, w przeciwieństwie do was, ja nigdy nie stosowałam sarkazmu i ironii przeciw ojcu.

- A świstak siedzi – Jonah rzucił, stojąc w drzwiach prowadzących na patio. – Sam, rzuć no okiem.

- Na coś konkretnego?

- Na tamtą choinkę – wskazał drzewko rosnące ledwie metr za skrajem trawnika.

- Ale ty karczujesz krzaki wokół – rąbnęła go w plecy z całą posiadaną siłą. O tym akurat nie pomyślał wskazując zielone drzewko, ale że dał się już siostrze podpuścić na stawianie choinki, wycofać się było niedopuszczalne.

Na dworze wiało już chłodem, kiedy Jonah z maczetą w dłoni szedł przez lekko wilgotny trawnik w kierunku wysokiego drzewka. Słońce zapadało się już coraz głębiej w wody Pacyfiku, oddzielone od nich pasmem zielonych wzgórz. W dolinę, którą mogli podziwiać z okien swego domu wkradł się już mrok.

Zgrabiałe, poskręcane niczym przerażające ramiona leśnych wiedźm gałęzie roślin, które nigdy nie miały przemienić się w drzewa, na zawsze pozostając knieją ledwie wyrastającą ponad leśne poszycie i stanowiącą schronienie dla niezliczonych gatunków ptaków, gryzoni i zajęcy, pękały przy spotkaniu z ostrzem. To nie najostrzejsze z ostrzy, ani też niespotykana siła prowadzącego je człowieka sprawiały, że gałęzie na zawsze rozstawały się z pniem rośliny. Tajemnica tkwiła w pewnej dłoni osoby trzymającej maczetę. Kiedy opadające ostrze stykało się z ciętym przedmiotem, nie mogło wygiąć się choćby na milimetr. Ruch musiał być prosty, celny i pewny niczym uderzenie opadającej gilotyny. Jonah uderzał celnie, raz za razem, nie zatrzymując się nawet na chwilę i skupiając na szybkim ruchu co chwila opadającego ramienia, któremu towarzyszył dźwięk metalu tnącego coraz bardziej wilgotne powietrze. Szybko na jego czoło i ramiona wystąpiły krople potu, kiedy organizm rozgrzewał się od wysiłku. Po wykarczowaniu niemal wszystkich niechcianych roślin chłopak zatrzymał się, by otrzeć pot, którego słone stróżki zaczynały już napływać mu do oczu, powodując ich pieczenie. Natychmiast poczuł oblepiające jego ciało zimno bijące od przyrody, wziął kilka głębokich wdechów, ale nie przyniosły mu one spodziewanej ulgi. Wraz z oblepiającym chłodem, jego ciało opanowało inne uczucie. Uczucie bycia obserwowanym. Szybko odwrócił się ku domowi, gdzie Sam z matką dyskutowały o czymś nad miską dyniowych pestek, stojąc na kuchennym blacie. Dłoń mocniej zacisnęła się na rękojeści maczety, przygotowując ją do natychmiastowego ciosu. Odruchowo przygiął się, naprężając się w gotowości do odparcia ataku. Dokładnie tak, jak w czasie treningów z mistrzem. Uważnym wzrokiem przeczesywał ścianę lasu poza i ponad ich trawnikiem, nie dostrzegając najmniej oznaki cudzej obecności. Wykonał szybki obrót, ale i tym razem nie dostrzegł nic ponad delikatnie falujące gałęzie.

- Jeszcze nie skończyłeś? – Sam spytała zdziwiona, wychodząc na trawnik.

- Nie. Musiałem chwilę odpocząć – odpowiedział jej, powoli odwracając się plecami czarnej ściany lasu.

- Odpocząć? Niby po czym?

- Chcesz sobie pomachać – wyciągnął w jej stronę dłoń, wciąż kurczowo zaciśniętą na rękojeści maczety.

- Machaj, machaj. Nic ci nie będzie – odwróciła się, udając że nie widziała podawanego jej narzędzia.

- Szkoda, bo ja też pojadłbym sobie pestki – odpowiedział jej z nieskrywaną drwiną.

- Nie podskakuj Jo, bo stanę się wyrodną siostrą – zabrała się za zgrabianie obciętych gałęzi.

- A to jesteś inną? – Trzonek grabi śmignął o centymetry od jego uda i to tylko dlatego, że zdążył odskoczyć. Sekunda nieuwagi i już leżałby na ziemi, sycząc z bólu i nie mogąc porządnie chodzić co najmniej przez dwa dni. Rodzeństwo resztę wieczoru spędziło na wspólnym czyszczeniu trawnika i ubieraniu najwyższej choinki, jaką mieli kiedykolwiek. Chłopaka nawet na chwilę nie opuściło jednak uczucie bycia obserwowanym i całe pozytywne nastawienie, z dzisiejszego powrotu do domu prysło.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Tajemnica Redwood

 

Tajemnica Redwood: I

09 wrz

I

Taksówka sunęła powoli na wschód. Za sobą zostawiał nie tylko autostradę międzystanową numer 101, ale całe swoje dotychczasowe życie. Daleko za nim został port lotniczy. Jeszcze dalej był Nowy Jork. Całe życie, jakie znał pozostało daleko za horyzontem.

Zaledwie semestr dzielił go od zakończenia ogólniaka, kiedy jedna decyzja rodziców przewróciła jego świat do góry nogami.

Przemierzali osiedle niewielkich domków jednorodzinnych, z których każdy wyglądał, jakby zbudowany był z pozbijanych ze sobą kartonów, a w najlepszym wypadku, płyt pilśniowych. Większość z nich pozbawiona była płotów, za to posiadały wydeptane i zaśmiecone place, które kiedyś były zapewne trawnikami i żywopłoty, które nie zaznały strzyżenia od długich lat. Wszędzie panowała szarość i bylejakość ludzkiej cywilizacji, oraz żółć i rudość przyrody nieustannie wystawianej na kontakt ze słońcem. Przed nimi, coraz wyżej i wyżej wyrastały porośnięte gęstym lasem wzgórza. Tam czekało na niego nowe życie. Dom, którego nie znał i poznać nie chciał.

- Jesteś strasznie milczący – matka odezwała się z przedniego fotela taksówki.

- Skoro tak mówisz – burknął z nadzieją, że matce odechce się dalszej rozmowy.

- Nie odezwałeś się od wejścia na pokład samolotu – oczywiście, że się nie odezwał, nie miał o czym z nią rozmawiać. Nie w tej chwili. – Jonah – kontynuowała, nie doczekawszy się odpowiedzi. – Doskonale wiesz, że musie… Zobaczysz, spodoba ci się tutaj – zakończyła, w połowie zmieniając zdanie.

- No pewnie. Przecież tutaj jest wspaniale! – Niemal wykrzyknął w karykaturze euforii. – Te domy z tektury. Krzaki udające żywopłoty. O! Tam jest nawet płot z zardzewiałej siatki. Och i patrz, patrz, patrz tam. Tamten człowiek technologicznie wyprzedził nasze czasy. Ma domofon i o łał, jeszcze nigdy nie widziałem domofonu na wbitej w ziemie rurce PCV i to z uciętym kablem. No i nie zapomnijmy o tych „trawnikach”. Przecież to osiągnięcie cywilizacyjne. Mamo, tutaj jest jak w raju! – Wyrzucił z siebie piętrzące się od wielu godzin żale.

- Skończyłeś?

- Nie. Łapię tylko oddech

- Tam, gdzie państwa wiozę – czarnoskóry taksówkarz odezwał się głębokim głosem – jest znacznie zieleniej. Zobaczycie państwo.

- Ach, dziękuję za przypomnienie! W przeciwieństwie do trawników, chrzanione taksówki są tutaj nie żółte, a zielone właśnie.

- Jonah!

- Proszę się nie przejmować, rozumiem to. Kiedy pierwszy raz przyjechałem tutaj z Las Vegas poczułem się jak w środku dziczy.

- Czyli dokładnie tam, dokąd nas pan wywozi – Jonah prychnął, skupiając wzrok na coraz wyżej piętrzących się wzgórzach, które już dawno przestały być jednolitą, zieloną ścianą. Teraz mógł już rozróżnić w nich pojedyncze sosny, modrzewie i buki.

Wkrótce pozostawili za sobą i ostatnie domy podmiejskiego osiedla, wjeżdżając pomiędzy wysokie drzewa. Droga stała się nagle bardziej kręta, wijąc się pomiędzy porośniętymi gęstwiną wzgórzami i pnąc coraz wyżej i wyżej. Wąski pasek asfaltu, po którym się poruszali pozostał nagle jedynym przejawem obecności człowieka w tym świecie, Na początku minęli kilka skrzyżowań dróg, które prowadziły zapewne do odległych osiedli, kilka wjazdów na posesje, których nie było widać, bardzo szybko jednak wjazdy te stały się coraz rzadsze, coraz mniej cywilizowane, a szosę otaczała już tylko dzika przyroda, wdzierając się na pobocza setkami niskich krzewów i grubą warstwą opadłych igieł i listowia. Zwieszają nad droga potężnymi konarami, tocząc nieustanną wojnę z próbującym oświetlić choćby najdrobniejszy skrawek ziemi słońcem.

- Wilki, niedźwiedzie. Ostrzcie kły. Obiad przybywa – zawołał teatralnie.

- Wilków i niedźwiedzi nie mamy tutaj od lat – taksówkarz rzucił przez ramię. – Co innego wiewiórki, skunksy, zające. Tych jest tu sporo.

- Słyszałeś. Masz szansę zostać zjedzonym przez krwiożerczą wiewiórkę – zakpiła matka.

- Myślę, że byłby to pierwszy taki przypadek. Co innego jeśliby wpaść na rysia, albo pumę.

- Pumy, cudnie.

- Spokojnie. Pumy nie atakują ludzi. Mają wystarczająco innego pokarmu, by odejść spokojnie w swoją stronę. No chyba, że zaskoczy się je w trakcie polowania, albo wejdzie na matkę z młodymi. Tak, wtedy to co innego – afro Amerykanin pokiwał głową.

- Włóczyć po lesie?! – Tym razem krzyknął, aż wszystkim w uszach zadzwoniło. – Przecież my będziemy mieszkać w środku lasu. Ja nie będę musiał się włóczyć po lesie. To las przyjdzie do mnie!

- Przecież nie będziemy mieszkać w szałasie. Koniec dyskusji – wielce wątpliwe, by Jonah zamierzał już skończyć tą dyskusję, ale wszechświat chciał najwyraźniej, by odłożył ją co najmniej na później.

- 3307. Jesteśmy na miejscu. – Od miesięcy zbierające się liście zachrzęściły pod kołami, kiedy taksówka ostro skręciła i dla odmiany zaczęła zjeżdżać w dół. Uliczka wiodła po lekkim łuku, wcinającym się między dwa zbocza parowem i była na tyle wąska, że nie było szans, by minęły się na niej dwa samochody, a sytuację dodatkowo pogarszały gałęzie rosnących po obu stronach krzaków, ocierając się o karoserię i tworząc klaustrofobiczną atmosferę. Na nic nie zważając, taksówkarz ani myślał odpuszczać pedał gazu. Można by pomyśleć, że o karoserię ocierają się nie gałęzie, a jakieś macki, z których chce się wyrwać siłą rozpędu. Zarośla urwały się nagle, kiedy z wąskiego parowu wydostali się nagle na przestronną połać betonu. Za nimi pozostała ściana lasu, a przed nimi piętrzył się betonowy mur.

Wyskoczył z taksówki, kiedy tylko znieruchomiała w akompaniamencie lekkiego pisku opon. Bez podziękowania, nie czekając na pożegnanie, pragnął wreszcie się z niej wydostać, by chwilę później nie pragnąc niczego więcej, jak na powrót się w niej znaleźć. Przez całe swoje życie, a przynajmniej ten okres, który pamiętał, towarzyszył mu bezustanny warkot silników, dźwięk klaksonów, szum metra, stukot młotów pneumatycznych ekip budowlanych, które korzystały z nich tylko o szóstej rano, kiedy mogły pobudzić jak najwięcej osób, by później przez cały dzień nic nie robić. Czasami przez ten szum przebijał się jeszcze odgłos lądujących na podmiejskim lotnisku samolotów. Tutaj, nie słyszał żadnego z tych dźwięków. Ze wszystkich stron napierał na niego nieznośny jazgot ptaków, szum liści, trzaskania gałęzi i odległe odgłosy, których pochodzenia nie znał i wolał się nawet nie domyślać.

Stał, jak sparaliżowany, wsłuchując się w otaczający go świat i przeklinając w duchu, że przez te kilkanaście lat nie postarał się pokochać Central Parku, w którym mógłby poznać przynajmniej namiastkę tego hałasu. Za jego plecami kłapnęły drzwi. Potem trzasnęła jeszcze pokrywa bagażnika i nim się zorientował stary diesel taksówki ponownie zaklekotał zmuszając pojazd, do potoczenia się na powrót jedyną drogą ku cywilizacji. Przez umysł przebiegła mu jeszcze szalona myśl, by dogonić taksówkarza, kazać na powrót zawieść się na lotnisko, albo i do samego Nowego Jorku. To było jego miasto, dałby sobie radę, zamieszkałby u któregoś z przyjaciół, albo pojechał do Baltimore i waletować u Sam. Mieszkanie w żeńskim akademiku, to by było coś.

- Teraz chyba nie możesz powiedzieć, że dzikie zwierzęta napadną cię w domu – matka odezwała się podekscytowanym tonem. – Ten płot zrobiony jest tak, żeby nikt nie dostał się do środka.

- Albo nie wydostał na zewnątrz – odpowiedział, otrząsając się z myśli o ucieczce. Przed sobą miał wysoki na trzy metry mur z szeroką i równie wysoką, bramą ze stalowych płyt, która wyglądała, jakby mogła zatrzymać czołg.

- Idziesz, czy mam cię tutaj zostawić?

- Rozważam postawienie sobie tutaj szałasu. Z drugiej jednak strony. Równie dobrze mogę go postawić z drugiej strony muru – dodał pospiesznie, ruszając w stronę matki po drodze zgarnąwszy z ziemi swoją podróżną torbę.

- Cykor – uśmiechnęła się drwiąco. Również słysząc trzask gałęzi, który spowodował nagłą zmianę decyzji jej syna.

- Nie ma klamki – Jonah stwierdził coś, czego nawet ślepy przegapić by nie mógł. Furtka była wąską stalową płytą pozbawioną klamki, otworu na klucz, czy jakiejkolwiek innej formy otwarcia. W głowie Jonaha zaczęło się powoli krystalizować wspomnienie dawno oglądanego filmu z Joddie Foster w roli głównej. Bohaterka zamknęła się w otwieranym tylko od środka „bezpiecznym pokoju”, w jaki wyposażony był jej dom, nieświadoma tego, że znajdujący się w domu przestępcy chcą się dostać właśnie do tego pokoju. Ciekawe, czy ci, których powstrzymać miał ten mur, również będą masakrować każdego, kto pojawi się na podjeździe.

W czasie, kiedy krzywiąc się powoli analizował fabułę hollywoodzkiej produkcji, matka zaczęła wklepywać kod, który dostała w wysłanym przez ojca smsie. Po wpisaniu ośmiu liczb, bo zapewne czterocyfrowe PINy w takich domach były niemodne, za panelu zapaliła się zielona lampka i… nic się nie stało. Nie rozległy się fanfary, z nieba nie popłynął chór anielskich głosów. Nic nie kliknęło, nic nie pyknęło, nie mówiąc już o tak zasadniczej rzeczy, jak otwarcie się furtki.

- Ups, idiotka ze mnie.

- No coś ty – palnął, nim zdążył ugryźć się w język. Matka nawet nie zareagowała na ten wyskok. Jonah często balansował na granicy tego, co można było uznać stosownym zachowaniem wobec rodziców, a oni nie reagowali. Był to rodzaj cichej umowy. Póki on nie przekraczał granicy bezsensownego chamstwa, rodzice pozostawali na stanowisku, że lepsza jest najbardziej złośliwa szczerość, aniżeli skrywane żale. Panujące między nimi zasady wykorzystywał do granic możliwości, szczególnie od chwili, kiedy dowiedział się o planowanej przeprowadzce, a oni nie pozostawali mu dłużni.

- Zapomniałam o odcisku palca – szczęka opadła młodemu chłopakowi w sposób komiksowy.

- Od kogo wy kupiliście ten dom? – Wychrypiał. – CIA, NSA, Faceci w Czerni? – Ostatnią organizację wymienił z niejaką nadzieją.

- Dom stał od dłuższego czasu pusty – furtka przed nimi odskoczyła automatycznie. – Zdaje się, że jego właścicielowi nie wypalił jakiś interes i wrócił do Arabii Saudyjskiej, czy gdzieś.

- Al-Kaida. Cudnie.

- Od kiedy to węszysz spiski? – Spytała, kiedy furta zatrzasnęła się za ich plecami,

- Od kiedy mam mieszkać w domu, którego strzegą systemy rodem z filmów szpiegowskich.

- Sam słyszałeś, w lesie są pumy.

- Które nauczyły się posługiwać klamką, wytrychem i jeszcze wbijać kod na klawiaturze, więc potrzebny był odcisk palca. Zmieniam zdanie, to nie tajna organizacja. To wyspa doktora Moroe, a tak w ogóle to, ojciec jest w domu – chłopak wskazał na stojącego na podjeździe Volta z logo „iTech” na drzwiach.

- Widzę, ale nie sądzę. Dzwoniłam do niego z lotniska. Był w pracy.

- Mógł kłamać, żeby zrobić ci niespodziankę. No tak, racja – Jonah zreflektował się, pod spojrzeniem matki. Coś takiego, jak robienie niespodzianek, przerastało jego ojca. – Czyli super hiper autko złapało kichę. Zawsze mu powtarzałem „kupuj porządne baterie, te z nadpobudliwym królikiem”. Kupił chińszczyznę, to ma.

- Nie gadaj. Jakbyś zdjął to co chińskie, to byś zasuwał goły, a ja nie mam ochoty tego oglądać.

- Vice versa. Wiesz, widzę już dwa plusy tego miejsca – powiedział z nieoczekiwaną werwą. – Podwórko jest całe wylane betonem i dom jest raczej nie wiele większy od naszego apartamentu na Manhattanie. Na upartego, można udawać, że to Brooklińskie podwórko.

- Tak myślisz? No to się zdziwisz.

- No to mnie zdziw – gdzieś musiał tkwić haczyk, tylko jeszcze nie wiedział gdzie. Rodzice nie dali by tyle kasy, za trzymetrowy mur i parterowy dom, większość frontu którego zajmował garaż na co najmniej trzy auta.

- Proszę, pan przodem – Matka kurtuazyjnym gestem przepuściła go w drzwiach.

Kiedy zobaczył wnętrze domu, uczciwie przyznał sam przed sobą i przed matką

- No to mnie zdziwiłaś.

- Ha! A nie mówiłam – powiedziała, stając obok niego. – I co teraz powiesz?

- Projektant był szalony – oboje się zaśmiali. To co z zewnątrz sprawiało wrażenie niewielkiego, parterowego domu… sprawiało tylko takie wrażenie. Nastolatek i jego matka stali na antresoli, jaką tworzyło najwyższe piętro trój poziomowego domu, a przed nimi, za szklaną ścianą malował się widok lesistej doliny otoczonej zielonymi wzgórzami. – Ale widzę kolejny plus. Jak dostanę obłędu od tej dziczy, to wystarczy, że przeskoczę balustradę – matka już go nie słuchała. W przylegającym do garaży pomieszczeniu obejmowała swoje stoisko bojowe, jak zwykli mawiać domownicy. Kolejno naciskała kolejne przełączniki, uruchamiając całą elektronikę, bez której nie mogła się obyć. Powoli narastało buczenie kolejnych urządzeń.

- Serwer główny i zapasowy uruchomione – mruczała do siebie, rozsiadając się na obrotowym stołku. – UPS działa. Com 1 i com 2 pracują – Kiedy włączała kolejne ekrany pozbawione okien pomieszczenie rozświetlało się różnokolorowym blaskiem bijącym od matryc LED.

- Widzę, że dostałaś swoją jaskinię, Batwoman? – Odezwał się, stając w drzwiach.

- To tylko serwerownia – mruknęła. – Włączyć ci internet i telewizję w pokoju?

- Internet poproszę i tak właściwie, gdzie jest mój pokój?

- Piętro niżej po prawej – mruknęła, zaaferowana bardziej swoimi zabawkami, aniżeli synem – i… mówiłeś coś o skakaniu?

- Tylko głośno myślałem! – Odkrzyknął, schodząc już po krętych schodach.

Niższe piętro było z grubsza ujmując kopią tego wyższego, tyle że miejsca garaży zajęły pomieszczenia, które z całą pewnością nie miały okien. Otwierając obiecująco wyglądające drzwi, Jonah trafił do przestronnej łazienki z ogromnym i lustrami,wanną i kabiną prysznicową wystarczającą by urządzić w niej małe standing party. To z cała pewnością nie był jego pokój, choć wanna była na tyle przestronna, ze swobodnie mogła zastąpić łóżko. Sąsiednie drzwi faktycznie prowadziły do sypialni.

- Kupiliście mi łoże małżeńskie?! – Krzyknął przez ramię.

- Co ty opo…. Po prawej mówiłam, nie po lewej!

- Jestem po prawej!

- Po mojej prawej, nie twojej prawej!

- Prawa, to prawa!

- A kręcone schody, to kręcone schody – chłopak zawahał się przez chwilę nad ostatnim zdaniem.

- Szlag. Idiota – warknął, strzelając drzwiami.

- O rzesz sukinkot – syknął, kiedy po odnalezieniu pokoju, od razu znalazł się ka klęczkach. Idąc w odpowiednim kierunku, tak intensywnie rozważał rozmowę z matką, rodem z taniej komedii, że nie zauważył pudeł zalegających na podłodze i potknął się o jedno z nich, prawdopodobnie łamiąc palec.

To, że jechali dzisiaj taksówką, a nie wozem przeprowadzkowym zawdzięczali Markowi, ojcu Jonaha, który przyjechał tutaj dwa tygodnie wcześniej zwożąc ze sobą wszystkie graty. Najwyraźniej jednak zwiezienie i wniesienie i wniesienie wszystkiego do pokoju było wszystkim, na co starczyło mu czasu, lub ochoty. Wszystkie przedmioty, które Jonah postanowił zabrać z Nowego Jorku znajdowało się w tej chwili w zalegających na podłodze pudłach.

- Mówiłeś coś?

- Tak. Chyba znalazłem moje książki i plan zdjęciowy do Zmierzchu – to ostatnie zaskoczyło nawet jego. Gdyby na lewej ścianie jego pokoju wstawić szereg okien z widokiem na las, albo choć Blue Screen, można było spokojnie zrobić z tego miejsca pokój Edwarda. Długi, wąski, zakończony szklaną ścianą. Przyszło mu do głowy, że warto sprawdzić, czy da się ją otworzyć i poskakać po drzewach. Nawet ustawienie mebli było niemal identyczne. Rzucił swoją torbę, z impetem opadając na łóżko. Miał dość tego dnia i wszystkich mających nastąpić po nim.

Słońce schowało się już za wzgórzami, chyląc się ku wodom Pacyfiku. Mrok coraz ciaśniej otulał las. Powoli cichł trel ptaków, które wracały na nocny spoczynek. Las nie kładł się jednak spać. Ze swych kryjówek wychodziły stworzenia nocy. Ciche i skryte. Nie widział ich, ale wyczuwał, że są blisko. Kiedy się poruszał najmniejszym dźwiękiem nie zakłócał harmonii lasu. Nie strzeliła żadna gałązka, nie zaszeleścił jeden liść. Nie wiedział czy idzie, leci, czy może pełznie. Zwyczajnie się poruszał, coraz dalej zagłębiając w las. W oddali także coś się poruszało, szło mu na spotkanie. Jednocześnie bał się tego spotkania i nie mógł się od niego powstrzymać. Ciszę lasu przerwał nagle potężny ryk. Przez ułamek sekundy widział smugę światła rozświetlającą otaczający go las. Rzucił się w gęstwinę.

Poderwał się, głęboko zaczerpując powietrze, niczym nurek, który po długim pobycie podwodą łapie pierwszy dech. Wokół panował półmrok. Światło sączyło się przez otwarte drzwi.

- Dzień doby, śpiący królewiczu – Jonah rozglądał się, nie do końca rozumiejąc, gdzie się znajduje. Serce waliło mu, jak oszalałe. Był w swoim pokoju, w nowym domu, a w drzwiach stał jego ojciec. Było coś jeszcze. Przypomniał sobie sen i w trzech krokach znalazł się przy szklanej ścianie. Za oknem panował mrok. Uważnie przeczesywał wzrokiem każdy widzialny zakątek lasu.

- Oszałamiający widok, prawda? – Ojciec spytał, obserwując jego reakcję.

- Miałem sen – ta odpowiedź przyszła mu łatwiej, aniżeli się spodziewał. Mark milczał przez chwilę, jakby nie rozumiejąc słów syna.

- Postaraj się o tym nie myśleć – odpowiedział, tak jak robił to zawsze.

- To nie jest takie proste – odpowiedział, dotykając czoła wierzchem dłoni.

- Chodź, mam coś, co ci w tym pomoże – ojciec zawołał znikając za drzwiami. Było to zupełnie, jakby czytał w jego myślach.

- Mhm – mruknął, nadal wpatrując się w coraz mroczniejszy las. Przyszło mu na myśl, że może nadal tam jest i schowany za pniem obserwuje sam siebie. Delikatnie się otrząsnął. Wątpił, by ojciec mógł wymyślić coś, co mogło by mu teraz pomóc. Ten mężczyzna był absolutnie pozbawiony zdolności robienia niespodzianek i opowiadania dowcipów, najlepszy z których potrafił dokumentnie spalić. Wciąż jeszcze głęboko zamyślony, świadom ich obecności sprawnie wyminął pudła, opuszczając swój „pokój Edwarda”.

Cały dom tonął w blasku. Rodzice mieli w zwyczaju zapalać każde światło ich Nowojorskiego apartamentu i najwyraźniej zwyczaj ten im nie minął. Jonah tylko raz, kiedy był jeszcze mały, zapytał ojca, czemu pracując nad ekologicznymi technologiami sam marnuje tyle energii. Odpowiedź, którą wtedy usłyszał zaważyła na całym jego podejściu do ekologii i kilku pałach w dzienniku.

- Oszczędzanie energii elektrycznej to absurd – odpowiedział mu wtedy ojciec. – Włączenie i wyłączenie żarówki powoduje większe zużycie energii, niż gdyby świeciła się przez kilkadziesiąt godzin. Zmniejsza ono też długość jej życia. Różne firmy pracują teraz nad żarówkami, które pobierając tyle samo energii będą mogły świecić setki, a nawet tysiące godzin.

- Twoja też?

- Moja nie. My szukamy takiej żarówki, którą będziesz mógł wyłączyć od razu, albo za sto lat, a zapłacisz za to tyle co za gałkę lodów porzeczkowych.

- Nadal jednak zużywamy prąd. Nie lepiej zapalać jak najmniej świateł?

- Nie. Widzisz Jonah, elektrownie są ogromne i wytwarzają ogromne ilości prądu, by nigdy ci go nie zabrało, ale ludzie nigdy nie nauczyli się przechowywać tego prądu, więc on płynie kablami i jeśli ktoś go nie wykorzysta, to on i tak się zmarnuje.

- A to kolosalne ocieplenie?

- Globalne ocieplenie – poprawił go ojciec. – Jedna żarówka nie znaczy nic. Jeśli jednak weźmiesz tyle żarówek ile jest ludzi na świecie i wszystkie je wyłączysz, to już będzie coś znaczyło. Ale jeśli wszyscy ci ludzie wyłączą swoje żarówki, a potem włączą je na powrót, to bardziej zaszkodzą ziemi, niż pomogli je gasząc, ale w skali Ziemi to nadal nic nie znaczy. Jeśli wyłączylibyśmy wszystkie elektrownie, wszystkie fabryki. Zgasili każdy z samochodów i żyli tak, jak Winnetou, to temperatura na całej Ziemi spadła by może o pół stopnia.

- To mało.

- To dużo, ale tak nie da się żyć. Ważny jest zdrowy rozsądek. Dzisiejsi ludzie nie potrafiliby żyć, jak Indianie. Nie możesz nic zrobić z globalnym ociepleniem i nie możesz zmusić ludzi, by coś zrobili, ale musisz pamiętać, że Ziemia nie może nam dawać w nieskończoność. Do życia potrzebujemy jedzenia, potrzebujemy wody, potrzebujemy powietrza. Jeśli nadal będziemy produkować tyle śmieci w końcu rzeki i jeziora wypełnią się chemikaliami, pola uprawne zostaną zasypane śmieciami, i Ziemia umrze, a my wraz z nią.

Kiedy Jonah powtórzył to swojej nauczycielce, jego rodzice pierwszy i ostatni raz zostali wezwani na spotkanie z dyrektorem. Kilka dni później Jonah poszedł już do innej szkoły, nie rozumiejąc, czemu nie może się dalej uczyć z kolegami. Będąc w szóstej klasie, w jednym z dzienników znalazł zdjęcie dyrektora swojej starej szkoły, który wraz z grupą aktywistów przykuł się do uschniętego drzewa.

Przypomniawszy sobie zdjęcie dyrektora Jonah odzyskał odrobinę więcej humoru i znacznie raźniej ruszył na poszukiwania rodziców. Dom był cichy i o ile rodzice nie ukrywali się właśnie w jakimś kącie, zamierzając krzyknąć: „Niespodzianka” z bliżej nieokreślonego jeszcze powodu, to najwyraźniej nie było ich wewnątrz. Nie widział ich również na oświetlonym trawniku za domem, wciśniętym pomiędzy szklaną ścianę budynku a pokrytą gęstwiną dolinę.

Nieźle się zapowiada” sarknął w myślach, wspinając się po krętych schodach. Myśl, że będzie chodził teraz po schodach po kilka, albo i kilkanaście razy dziennie z miejsca budziła w nim tęsknotę za windą, która zawodziła go wprost do ich apartamentu. Był pewien, że każdy arab bogaty na tyle, by pozwolić sobie na budowę „takiego” domu, musiał gdzieś w nim zamontować windę, która tylko czekała na odkrycie.

- No chodź wreszcie – głowa ojca pojawiła się w drzwiach frontowych. – To ci się spodoba.

- Bomba. Dokupiłeś porządne baterie i pokażesz, jak śmiga twój wózek golfo… O wow – wydusił z siebie, zobaczywszy, co stoi na podjeździe.

- Tylko tyle? – zdziwiła się matka, nie doczekawszy się niczego więcej. – Żadnego ciętego komentarza? Tylko o wow? – matka najwyraźniej spodziewała się więcej po swoim synu. Ten jednak tylko stał patrząc na podjazd spojrzeniem, w którym szok łączył się z fascynacją. – Naprawdę? Nic więcej? Czuję się zawiedziona.

- No dalej. Co myślisz? – Ojciec czysto przypadkowo przybrał pozę, będącą jaką groteskową imitacją zachowań hostess z targów motoryzacyjnych w Detroit. Chłopak parsknął na ten widok.

- Myślę… – Jonah zebrał się w sobie – że zarząd „iTech” nie byłby zachwycony, wiedząc, że ich nowy CEO na zachodnie wybrzeże, jeździ zaprzeczeniem ich wizji samochodu.

- On wrócił – matka powiedziała niemal bezgłośnie, komentując przebudzenie syna.

- Czyli mydelniczki?

- No dokładnie.

- Myślę, że możesz mieć rację. Na szczęście nic takiego nie robię – chłopak odruchowo złapał rzucony przez ojca przedmiot. – Ty nim jeździsz – w dłoni Jonah’a spoczywały kluczyki do wozu.

Nastolatek popatrzył na spoczywające w dłoni kluczyki, to na ojca i znów na kluczyki, nie wiedząc, czy właśnie dostał pierwszy w życiu samochód i to jaki samochód, czy może ojciec próbował być dowcipny. Z nadzieją spojrzał na matkę, która stojąc z boku najwyraźniej świetnie się bawiła. Ojciec mógł nie mieć poczucia humoru, ale ona miała go czasem aż zanadto.

- To by było zbyt okrutne, nawet jak na mnie – powiedziała w końcu. – Jeśli sądziłeś, że będę cię co rano wozić do szkoły, to mocno się myliłeś.

- Czyli łapówka?

- Zadośćuczynienie. A teraz mógłbyś się wykazać wdzięcznością i kopsnąć po coś do jedzenia?

- A co, telefony nie mają tutaj zasięgu?

- Nie udało mi się znaleźć żadnej knajpy z chińszczyzną, która zechciałaby dowieźć tutaj zamówienie.

- No coś ty, być nie może – zagrał skrajne niedowierzanie.

- Nie mędrkuj – matka wyciągnęła w jego stronę banknot.

- Ty mówisz poważnie?

- Całkowicie. No jedź już – ponagliła.

Chłopak nie czuł się zbyt pewnie, mając zasiąść za kierownicą takiego potwora. Czuł respekt przed tym ogromnym samochodem. Doskonale wiedział jaka tkwi w nim moc i wolałby przetestować go na długiej i prostej autostradzie, nie krętych leśnych drogach. Delikatnym ruchem powiódł po muskularnej karoserii, chromowanych rurach i potężnych reflektorach. Wyglądało to jak obłaskawianie rumaka, do którego podchodzi się powoli, kładzie mu dłoń na chrapach, przytula się do pyska i gładzi potężną szyję, nim wreszcie spróbuje się go dosiąść.

- Zabierasz się do tego, jak prawiczek do dziewczyny – matka krzyknęła, powodując opad szczęki u ojca.

- Dotąd jeździłem tylko Priusem.

- Możemy zamienić ci go na Priusa, jeśli masz cykora – W odpowiedzi na to, chłopak szybkim ruchem otworzył drzwi, w sekundzie znajdując się na fotelu kierowcy. „Jestem Jonaszem w brzuchu wieloryba” pomyślał. „I kieruję nim!” Przekręcił kluczyk. Wnętrze pojazdu rozświetliło się światłem płynącym z deski rozdzielczej wozu i przeróżnych przełączników. Samochód zamruczał z zadowoleniem, jakby od dawna czekał na tą chwilę, dość mając bezczynnego stania.

- Restauracja, najbliższa – Jonah wydał polecenie nawigacji.

- Texas Steak Bar, pięć mil. Samatha’s, osiem mil. Stan Lee East-West dinning, trzynaście mil.

- Stan Lee East-West dinning, nawiguj.

- Przeliczam trasę – kiedy przed kilku laty Apple wprowadzał Siri, nikt nie wierzył, że głosowa komunikacja z komputerem ma szansę choćby przetrwać na rynku. Dzisiaj każdy liczący się gracz branży IT posiadał taki produkt, a oprogramowanie dawno opuściło telefony i komputery znajdując zastosowanie w niemal każdym elektrycznym urządzeniu. Od telewizora, po kuchenkę mikrofalową. Sam, podobnie jak matka, wolała używać tradycyjnych komputerów i telefonów, twierdząc, że przy ilości SMS-ów, jakie pisze, żadna matryca smartphone’a nie wytrzyma nawet okresu gwarancji i wciąż psioczyła, że od lat używa tego samego modelu, bo producenci zapomnieli, o ludziach takich, jak ona. Jonah równie sprawnie posługiwał się klawiaturą, co ekranem dotykowym, ale znał dzieciaki, które były zaledwie kilka lat młodsze, a nie wyobrażały sobie, by miały komunikować się ze swoim gadżetem inaczej niż mową.

Oderwał przyklejoną do kierownicy kartkę z napisem „brama” i wcisnął znajdujący się pod nią klawisz. Stalowe płyty zaczęły zaskakująco szybko odsuwać się na bok, otwierając mu drogę ku dziczy. Przez chwilę przeleciała mu scena z otwierającymi się wrotami hangaru Blackbirda, którym latali X-meni.

- NA, NA, NA, NA – zanucił znany temat z komików o Batmanie i wcisnął pedał gazu. Silnik ryknął, opony zapiszczał dymiąc, a wokół uniósł się swąd palonej gumy. Równie szybko, jak wcisnął gaz, teraz wciskał hamulec. Jeszcze odrobinę więcej siły i mógłby szorować piętami po asfalcie, jak Fred Flinston. Spojrzał w stronę domu, ale rodziców już nie było i nie musiał z nikim dzielić tej chwili upokorzenia. – Z całą pewnością nie jesteś Priusem – mruknął, delikatnie głaszcząc kierownicę. – Z całą pewnością – raz jeszcze musnął pedał gazu, potwór ponownie podniósł głos, tym razem nie był to jednak ryk potwora, a zachęcające warknięcie. Powoli ruszyli do przodu. Samochód i jego kierowca. Pogłaskać konia to jedno. Skłonić, by słuchał każdego polecenia, to zupełnie co innego.

RAM rwał się do przodu, raz po raz z niezadowoleniem powarkiwał, kiedy Jonah pilnował wskaźnika prędkości, by za bardzo nie przesadzić, na tej wąskiej drodze. Chłopak uczył się samochodu, a samochód uczył się jego. Krótka przejażdżka dojazdówką do ich domu była idealnym przykładem na to, jaki błąd popełnia policja karząc tych, którzy przekraczają prędkość, a nie tych, którzy stwarzają zagrożenie na drodze. Jonah do tego stopnia skupił się na pilnowaniu prędkości, że po raz kolejny musiał gwałtownie wciskać hamulec, gdy znalazł się u wylotu na główną drogę. Żwir, uschłe liście, igły, drobne gałązki i wszystko inne, co zebrało się na poboczu przez miesiące nieużytkowania drogi posypało się do przodu, spod zblokowanych kół samochodu. Zirytowany z impetem uderzył w ekran komputera, na którym migał napis „Mute”.

- Skręć w lewo, skręć w lewo, skręć w lewo – kobiecy głos powtarzał natarczywie.

- Weź pigułkę, weź pigułkę – sparodiował urządzenie cytatem rodem ze starej, zagranicznej komedii – Kierunek wschód, tam musi być jakaś cywilizacja – pic-up elegancko wytoczył się z bocznej drogi, by po chwili pomknąć już w stronę miasta. Wszystko wskazywało na to, że nie tylko jego kierowca ale i sam pojazd chcą powrócić do cywilizacji. Jonah napawał się tym, że niemal bezustannie zjeżdżali w dół, coraz niżej i niżej, a gęsty i wysoki las coraz częściej zastępowały żywopłoty i parkany, za którymi kryły się domy ludzi, którzy postanowili wydrzeć przyrodzie swój własny kawałek lasu, a potem się dziwili, że puma śpi na drzewie, albo niedźwiedź pływa w basenie za domem.

Podmiejska dzielnica, przez którą jechali z lotniska zmieniła się niemal nie do poznania, teraz znacznie bardziej przypominając niektóre z dzielnic Nowego Jorku. Całe życie wyległo teraz na ulice. Dzieciaki jeździły na deskorolkach i rowerach, wcale nie zważając na ruch na ulicy. Starsi rozmawiali w niewielkich grupkach, załatwiając swoje interesy i podejrzliwie przyglądając się sunącemu powoli Pick-upowi, czy aby nie jest to nowy wóz policji, wydziału antynarkotykowego, albo innej niechcianej w tym miejscu agendy, a z niektórych okien płynęły dźwięki głośnej muzyki zlewając się w nieznośną kakofonię dźwięków. Gdyby tylko jeszcze te kartonowe domy zamienić na ceglane kamienice, Jonah mógłby powiedzieć, że wrócił do domu. Wieczorne życie tej okolicy, odstraszając porządnych ludzi sprawiało, że czuł się tutaj lepiej, aniżeli w dzień. Przyglądając się trzem stojącym na chodniku dziewczynom, które dobrze mogły być prostytutkami, okolicznymi mieszkankami, jak i cheerleaderkami po godzinach – przy czym żadna z tych opcji nie wykluczała pozostałych – omal nie minął celu swojej podróży. Tym razem, natarczywy głos „pani nawigacji” sprowadził go na ziemię w samą porę.

Stan, zakładając swoją knajpę wykazał się niewyobrażalnym wprost geniuszem. Przynajmniej w mniemaniu chłopaka.

Każdy Nowojorczyk przyzwyczajony był do dwóch sposobów jedzenia na wynos. Zadzwoń i cierpliwie czekaj, aż ci je przywiozą, albo pójdź, zamów i cierpliwie stój czekając, aż ci je podadzą. Opcji trzeciej nie było. Kiedy więc nowicjusz w kwestii życia na przedmieściach, zobaczył tabliczkę z napisem „Drive In”, z miejsca wiedział, że będzie to jego ulubiony lokal. Rodziła się jedynie obawa, że może się to skończyć poważnym zaokrągleniem brzucha. Sprawnie wymanewrował wąskim przejazdem pomiędzy zaparkowanymi samochodami, a szeregiem wszelkiej maści jednośladów, począwszy od szpanerskich Vesp, poprzez sportowe motocykle z Japonii, amerykańskie choppery po wyczynowe motocykle do jazdy w terenie.

Siedząca w okienku dziewczyna uśmiechnęła się zalotnie, przyjmując jego zamówienie „pewnie uśmiecha się tak do każdego. Taki ma obowiązek, czy coś” pomyślał, czekając aż pryszczaty chudzielec w drugim okienku poda mu jedzenie. Manager restauracji znał się na rzeczy. Do okienka, gdzie składało się zamówienia skierował ładną blondynkę, a skoro już i tak zapłaciłeś, to już nie ma znaczenia, kto wyda ci jedzenie. Przez okno lokalu widział, że podobna zasada panuje w środku, gdzie zamówienia przyjmowały ładne dziewczyny w jednolitych kitelkach. „Ciekawe, gdzie trzyma tych brzydkich facetów. Może w kuchni.” Szybko otrząsnął się z tej myśli w obawie, że obrzydzi mu knajpkę. Kiedy więc wracał do domu, ponownie leśną drogą, myślał o ładnej blondynce w okienku, jako jednej z niewielu przyjemnych rzeczy, jakie spotkały go dzisiejszego dnia. Drugą był samochód, w którym pędził właśnie krętą drogą. Las nocą stał się jednolitą, czarną ścianą, jedynie na zakrętach oświetlaną reflektorami wozu, które i tak nie przebijały się na więcej aniżeli kilka metrów w głąb szpalerów drzew. Czuł się już znacznie pewniej i wierząc, że żaden policjant nie jest na tyle szalony, by w nocy włóczyć się po lesie, postanowił sprawdzić, na ile może sobie pozwolić autem. Opony delikatnie piszczały kiedy pokonywał kolejne zakręty, to najeżdżając na środkową linię, to sypiąc szutrem pobocza, kiedy ścinał je w poszukiwaniu lepszego toru jazdy. Lewy, prawy, znowu lewy, krótka prosta i znowu. Silnik ryczał wściekle walcząc z grawitacją, kiedy droga nieustannie pięła się w górę. Gdy wypadł z kolejnego łuku, przed nim otworzyła się długa, wreszcie płaska prosta, na której mógł przycisnąć gaz do podłogi. Widział, jak z każdą sekundą zbliża się do zakrętu, jeszcze dwadzieścia metrów, dziesięć, pięć, tylko dwa, ostro skręcił kierownicę sypiąc szutrem pobocza, kiedy samochód wszedł w pracy zakręt. To był ułamek sekundy, jedno mgnienie oka, kiedy przed maską ukazała mu się szkarłatna postać. Odbił ostro kierownicę tracąc kontrolę nad autem, które gwałtownie zatańczyło i zamarło w poprzek drogi. Światła zgasły wraz ze zduszonym silnikiem. Serce waliło mu jak oszalałe, pomimo przechodzących go fal gorąca, czuł jak płynie po nim zimny pot. Siedział z pedałem hamulca wciśniętym w podłogę, sam nie wiedział, który to już raz tego dnia. Wyjrzał przez okno, ale na poboczu nic i nikogo nie było. Tylko ślady opon świadczyły o nagłym zdarzeniu sprzed kilku sekund. Był pewien, że nie uderzył w to coś, ale był też pewien, że było to absolutnie realne. Z każdą kolejną sekundą przepełniający go strach, zamiast opadać, narastał, a do świadomości przedzierał się coraz silniej obraz czerwonej, dwumetrowej zjawy, która zniknęła, ale może pojawić się ponownie. Guma z opon ponownie stopiła się z asfaltem, kiedy potężne, podwójne koła zakotłowały się w miejscu zmuszając stalowego potwora do dalszej jazdy.

Jonah kilka razy jeszcze spoglądał w lusterko, czy aby nie zobaczy na powrót tajemniczej zjawy i. Jechał teraz jeszcze szybciej, nie zważał na znaki, ostre zakręty i chylące się ku drodze drzewa. Pragnął jedynie jak najszybciej znaleźć się za stalową bramą i kamiennym murem. Już wiedział przed czym miały bronić swoich mieszkańców i z całą pewnością nie były to pumy. Droga dojazdową, którą musiał pokonywać ostatnie metry dzielące go od domu okazywała się być niezwykle szeroka i prosta, kiedy adrenalina pulsując wraz z krwią wyostrzała wszystkie zmysły.

Uspokoił się odrobinę dopiero, gdy usłyszał za sobą delikatny łoskot stalowych płyt zasuwającej się bramy. Był bezpieczny na oświetlonym lampami betonowym podjeździe.

Wysiadł z samochodu i z papierową torbą pełną potraw na sztywnych nogach ruszył w stronę domu. Nawet nie spojrzał, czy na samochodzie nie ma śladów krwi. Nie interesowało go, czy ojciec nie znajdzie zwłok zaczepionych gdzieś o samochód. Przeżył właśnie najgorszy dzień od lat, może najgorszy dzień w życiu i obawiał się, że to jeszcze nie koniec. Był cały czas rozkojarzony, kiedy schodził po krętych schodach i wolał, żeby rodzice nie zobaczyli go w tym stanie. Wątpił, by przyszły im do głowy tak dziwne myśli, jak narkotyki, ale prewencyjnie mogliby uziemić go w tym środku głuszy na dobre. Nie przyznanie się do potencjalnego zabicia czerwonej zjawy wydawało się lepszym rozwiązaniem.

- Jedzenie jest na schodach – krzyknął, kładąc papierową torbę na najwyższym stopniu pierwszego piętra. Teraz dopiero zorientował się, jak ściśnięte miał gardło. Z jego ust zamiast normalnego, czystego głosu wydobył się charkot nałogowego palacza. – Ja nie będę jadł – dokończył odchrząknąwszy.

- Coś się stało?

- Nie. Idę spać

- To nic, zapomnij o tym! – Matka zawołała, najwyraźniej uświadomiona przez ojca. Usłyszał jej kroki na schodach. Zamek kliknął, nie miał ochoty słuchać jej rad. Został sam w swoim pokoju Edwarda, z którego mógł widzieć tylko ciemny las za szklaną ścianą. Niestety, projektant nie pomyślał o wstawieniu żaluzji, albo rolety. Usłyszał delikatne pukanie do drzwi. Zamknął się w łazience. Miał nadzieję, że długi prysznic otrzeźwi mu umysł.

Kiedy wrócił do swojego pokoju, matki nie było już pod drzwiami. Mógł spokojnie położyć się spać.

To było ich pierwsze spotkanie.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Tajemnica Redwood